Tego ranka Karl krząta się po ogrodzie jak dziecko w sklepie z zabawkami. Rozpala ogień, a potem z triumfem wskazuje na klatkę, w której siedzi coś, co wygląda jak szczur w wersji XXL. „Będzie uczta!” — zaciera ręce. Naturalne mięso, zero chemii. Karl zawsze jest wniebowzięty, gdy jego pułapka przyniesie efekt. Nawet jeśli miejscowi kręcą głowami i mówią, że to niejadalne, on odpowiada pewnie: „Ale w internecie czytał, że można!”.
Tym razem szczur nie stawiał większego oporu. Dał się złapać bez walki i szybko zakończył swój żywot. Karl, pełen entuzjazmu, wrzucił zdobycz na ogień. I wtedy zaczęło się przedstawienie. Zamiast apetycznego mięsa, z klatki piersiowej zwierza wypłynęła substancja przypominająca galaretę. Duże, drżące kulki, połączone w dziwną masę.
Karl patrzył, kręcił głową i w końcu stwierdził: „Chyba jednak tego nie zjem. Dam psu sąsiadów, i tak mnie często wkurza”. Plan wydawał się prosty. Ale pies, po krótkim obwąchaniu, spojrzał na Karla z miną mówiącą: „Myślisz, że ja to ruszę?” — i odszedł bez słowa.
Akurat ten kulinarny eksperyment zakończył się fiaskiem. Zdrowy rozsądek miejscowych wygrał.

No comments:
Post a Comment