Ruszamy. Postój w Mali – trzeba kupić fonio, wszystko powiązać i przymocować do motoru. Mój plecak ląduje z tyłu, owinięty plastikowym workiem, bo droga to nie asfalt, tylko kurz, kurz i jeszcze raz kurz. Paliwo kupujemy na czarnym rynku – na stacji oczywiście nie ma. Ousmane bierze mój plecak przed siebie, na ramiona. Ja jego torbę z laptopem wciskam między nas. Jedziemy jak mobilny magazyn.
Zatrzymujemy się przy początku rzeki Senegal, na granicy regionów Mali i Labé. I oczywiście – na modlitwę. Gdy słyszymy wezwanie, Ousmane się zatrzymuje, żeby się upewnić, czy to naprawdę ono. Jeśli tak, trzeba się modlić. Ale nie ma gdzie się obmyć, więc modlitwa odpada – bez ablucji nieważna. W końcu znajdujemy przydrożny namiot przeznaczony właśnie do modlitwy. I oczywiście – jest tam woda.
Przynoszą mi plastikowe krzesło. Siadam i czekam. Dziesięcio-, może jedenastoletni chłopak puszcza mi oczka. Muchy latają bezwstydnie. Przejeżdża ciężarówka, a pod naczepą, na półce za kołami, leżą faceci. Jak oni się tam trzymają na tych wertepach – nie wiem. Ja bym się zsunęła po pierwszym zakręcie.

No comments:
Post a Comment