Jadę do Mali (miasta w Gwinei). Śniadanie gwizdane po drodze: chleb kupiony w przelocie na targowisku, banany, gotowane jajka. Na skrzyżowaniu targowiska w dzielnicy Daka i drogi prowadzącej do Mali rozstaję się z Ousmanem. On wraca, ja idę dalej.
Asfalt kończy się szybko. Zabudowania jeszcze nie. Przejeżdża kilka motocykli, taksówka, coś jeszcze co zatrzymuję i co się nie zatrzymuje. W końcu jedzie coś, macham – staje. Jadą gdzieś. „Gdzie?” – odpowiedź nic mi nie mówi. „Niedaleko”. Rzeczywiście. Kilka kilometrów i skręcają.
Idę dalej. Kolejny samochód – może kilometr. Najkrótszy stop w życiu. Potem znów pieszo. Może trzy kilometry. W końcu zatrzymuje się motocykl. Podjeżdżamy kawał drogi.
Koleiny mają pół metra. Wertepy jak nie z tej ziemi – a jednak dokładnie z tej. Zakręty, zjazdy, podjazdy. Na niektórych zjazdach silnik wyłączony, żeby oszczędzać paliwo. Gorąco. Jestem już cała w czerwonym pyle, który osiada wszędzie i zostaje na długo.
Motocyklista zostawia mnie w dobrym miejscu. Żebym mogła usiąść na pieńku, napić się, coś zjeść. Przejeżdżają dwie albo trzy taksówki. Próbuję zgadnąć, ile już przejechałam kilometrów i ile jeszcze zostało. Chyba zbliżam się do półmetka.
Wydaje się pustkowie. Jedno domostwo. I nagle głos muezina wzywający do modlitwy. Czyli gdzieś w pobliżu jest meczet. Dobrze wiedzieć. Gdybym była facetem, miałabym nocleg w razie czego.
Coś nadjeżdża. Kierownica po prawej stronie – bardzo tu nietypowe. Jadą do Mali. Kierowca chce mnie zabrać, ale jego mama mówi: 200 tysięcy. Stukam się w czoło. Odjeżdżają. Po chwili wycofują.
— Wsiadaj!
I tak razem dojeżdżamy do Mali, centre ville.
Czeka tam na mnie Suleymane. Zabiera mnie do domu. Właśnie wrócił ze wsi, gdzie jest dyrektorem szkoły wybudowanej przez społeczność. Nauczycieli zapewnia państwo. Jeden budynek murowany, drugi z gliny, kryty strzechą.
Żona została jeszcze na wsi. On z trzema synami jest już w Mali, u swoich rodziców. Wynajmuje dom obok nich i kończy budowę własnego, też tuż obok. Tam mam pokój z łazienką. Drugi pokój wynajmuje robotnikom z Sierra Leone, którzy pracują przy budowie pobliskiego meczetu.
Jego ojciec też był nauczycielem. W mojej łazience afrykański prysznic. Piorę sukienkę – uff, jak dobrze. Na kolację ryż z sosem. W salonie wątłe światło, rodzina ogląda telewizję, rozmawiamy. Potem jemy jeszcze jedną kolację – ramadan rządzi się swoimi prawami, nocą trzeba się najeść.
Jestem bardzo zmęczona. Śpię długo.





No comments:
Post a Comment