Opony na końcu świata

Skrzyżowania w Gwinei mają swój własny, absolutnie niepowtarzalny design. Środek skrzyżowania to zazwyczaj opona, przygnieciona kamieniami, z której wyrastają badyle, tyczki albo patyki. Taki afrykański minimalizm drogowy: „tu jest środek, dalej radźcie sobie sami”.
Gdyby nie wymyślono opon, środek skrzyżowania w Afryce wyznaczałoby się po prostu tym, co akurat jest pod ręką:
starym garnkiem, krzesłem bez jednej nogi, kozłem, który postanowił tam stanąć, albo panem siedzącym na stołku i pijącym herbatę.
A gdyby i tego zabrakło? Może środek byłby tam, gdzie wszyscy intuicyjnie zwalniają i zaczynają trąbić jednocześnie.

Wody w domu brak, toaleta daleko, więc dzień zaczyna się od logistyki: kto, kiedy i z czym idzie po wodę. Noszenie jej z daleka to nie metafora duchowej drogi – to dosłowność.

Rano wychodzę robić zdjęcia okolicy. Jeszcze nie zdążę dobrze ustawić aparatu, a już ktoś woła:
Madame Suaré! Jak to tak wyjeżdżać bez pożegnalnego zdjęcia?!

No nie da się. 

Czekam, aż Mamadou podwiezie mnie na wylotówkę. Stamtąd idę jeszcze dobry kilometr w poszukiwaniu lepszego miejsca na stopa: lekko pod górę, potem w dół, słońce już pracuje na pełnych obrotach. Szukam cienia – nie ma. W końcu staję i czekam, bo ile można chodzić jak znak drogowy.

Zatrzymuje się samochód. Jedzie do Coyah. Jeden pasażer, brak bagażnika, brak oznaczeń. Postanawiam nie wiedzieć, że to taksówka. Oficjalnie: autostop. Kierowca też udaje, że mnie zabrał z dobroci serca. Wszyscy szczęśliwi. Po drodze dosiądzie jeszcze mnóstwo pasażerów. Jeden zrezygnuje z wsiadania, twierdząc że nie ma miejsca, mimo iż kierowca uważa, że jest. Wprawdzie na leżąco pod sufitem może by się i zmieścił.

Na trasie Kindia–Coyah znów zjazd z drogi, bo budują wiadukt. Po co? Nie wiadomo. Czy skończą? Też nie wiadomo. Takich budów są tu dziesiątki, rozsiane jak obietnice.

Przy drodze chłopaczki w cieniu napełniają woreczki orzechami, inni sprzedają je kierowcom. Kawałek dalej sadzawka, a w niej dwoje maluchów, może dwuletnich, mieszających patykami w wodzie. Życie toczy się swoim rytmem, zupełnie nieprzejmujące się europejskimi normami BHP.

W Coyah oddalam się trochę od dworca taksówek. Stoję w słońcu. Zatrzymują się same taksówki. Trzeba odejść jeszcze kawałek, sprawdzić co jest za zakrętem. W końcu jedna zabiera mnie „na stopa”, a pasażer dodatkowo podwozi mnie motocyklem do miejsca, skąd odjeżdżają wspólne taksówki do T5. Transport kombinowany level Gwinea.

Na „36 kilometrze” – bo tak się tu mówi na nazwę miejsca – gigantyczne targowisko i potworny korek. Objazdy bocznymi, wyboistymi drogami, manewry pod górkę, walka o powrót na główną trasę. Przejeżdżamy tory, na wertepach prawie zahaczamy o inny motor, prawie się kładziemy. Motocykl chłopaka z naszej mototaksówki nie chce zapalić, potem wydaje dźwięki jakby protestował przeciwko dalszej podróży, ale jedzie.

W końcu docieram do umówionego skrzyżowania T5. Przed sklepikiem ławka. Widzę ją i wiem: to jest mój azyl. Siadam z ulgą, wyjmuję wodę. Ramadan, więc jak nie muszę, to przy innych nie piję – solidarność w praktyce.

Czekam na Ouriego. Przyjeżdża bardzo szybko, na motocyklu. Patrzę na drogę, kurz, opony na skrzyżowaniach i myślę, że ten kraj naprawdę ma talent do robienia z podróży przygody – nawet wtedy, gdy człowiek tylko chce gdzieś dojechać.




No comments:

Post a Comment