Showing posts with label Pita. Show all posts
Showing posts with label Pita. Show all posts

Życie w zgodzie z naturą, czyli szczur XXL na obiad

Ze wspomnień gwinejskich uporczywie powraca mi obraz Karla — Niemca, który z pasją i uporem starał się żyć „w zgodzie z naturą”. Jego zamiłowanie do wykorzystywania cudów afrykańskiej ziemi było szczere, ale czasem pełne komicznych zwrotów akcji.

Tego ranka Karl krząta się po ogrodzie jak dziecko w sklepie z zabawkami. Rozpala ogień, a potem z triumfem wskazuje na klatkę, w której siedzi coś, co wygląda jak szczur w wersji XXL. „Będzie uczta!” — zaciera ręce. Naturalne mięso, zero chemii. Karl zawsze jest wniebowzięty, gdy jego pułapka przyniesie efekt. Nawet jeśli miejscowi kręcą głowami i mówią, że to niejadalne, on odpowiada pewnie: „Ale w internecie czytał, że można!”.

Tym razem szczur nie stawiał większego oporu. Dał się złapać bez walki i szybko zakończył swój żywot. Karl, pełen entuzjazmu, wrzucił zdobycz na ogień. I wtedy zaczęło się przedstawienie. Zamiast apetycznego mięsa, z klatki piersiowej zwierza wypłynęła substancja przypominająca galaretę. Duże, drżące kulki, połączone w dziwną masę.

Karl patrzył, kręcił głową i w końcu stwierdził: „Chyba jednak tego nie zjem. Dam psu sąsiadów, i tak mnie często wkurza”. Plan wydawał się prosty. Ale pies, po krótkim obwąchaniu, spojrzał na Karla z miną mówiącą: „Myślisz, że ja to ruszę?” — i odszedł bez słowa.

Akurat ten kulinarny eksperyment zakończył się fiaskiem. Zdrowy rozsądek miejscowych wygrał.



Targowisko w Picie

Wspinamy się po wzgórzu do głównej drogi. Wieczorem pojadą nią taksówki objuczone jak wielbłądy — pasażerowie na dachu, na towarze, między workami i skrzynkami. Ruch uliczny w wersji „każdy gdzieś musi się zmieścić”. Jest czwartek. W Picie to dzień targowy.

Po drodze motocykl zabił kozę. Zbierają się starsi panowie, narada krótka i konkretna: kozę trzeba wyrzucić. Nie nadaje się do jedzenia, bo nie została zabita w rytualny, właściwy sposób. Szkoda tyle mięsa, ale zasady są zasadami.

Mijamy budynki administracji miejskiej i dochodzimy do targowiska. Stragany z lekarstwami sprzedają oficjalnie kosmetyki: trzy maści, dwa balsamy, jedno mydło. Pod ladą — prawdziwe życie: leki, które dostają tylko zaufani. Tak kupuje się taniej lekarstwa na malarię.

Ktoś miał pieniądze i wybudował kilkupiętrowy budynek z mieszkaniami. Stoją puste. Na dole działają sklepiki. Betonowa wizja przyszłości, która jeszcze nie przyszła.

Pijemy kawę tuba — senegalski wynalazek z kawy, imbiru i „czegoś jeszcze”, czego nikt nie potrafi dokładnie nazwać. Obok jest palarnia kawy. Kawa taka sobie, bo ziarna dojrzewają w różnym czasie, a zbierane są wszystkie naraz. Cierpliwość nie jest tu kluczową cnotą.

Jemy ryż z sosem w restauracji na targowisku. Najlepiej usiąść na zewnątrz, na ławce. Obok czekają
pasażerowie na taksi do różnych wiosek. Przesuwają się bez słowa, żeby zrobić nam miejsce. Ciaśniej, ale razem.

Jogurt miejscowy to nie jogurt, tylko coś między twarożkiem a wspomnieniem po mleku. Karl wie gdzie jest najlepszy w mieście, gdzie jest naprawdę naturalny. 

Na kolację kupuję attiéké z rybą. A jeśli zapytać kobiet, czego by chciały — każda powie: sklepik. A jeśli już go ma i zapytać, co zrobi z zarobionymi pieniędzmi — odpowie: wyślę dzieci do szkoły. Do Stanów.

Marzenia mają różną skalę. Czasem mieszczą się na ławce na targu. Czasem na dachu taksówki.










Karl i dom nad rzeką

Karl mieszka w dole wzgórza, nad rzeką. Europejczyk w Gwinei. Brzmi jak początek reportażu albo dowcipu. Dlaczego jego lokalne małżeństwo się nie udało? Czego tu szukał? Czego nie znalazł? A może – jak to zwykle bywa – znalazł coś zupełnie innego, niż planował.

Dom ma piękny. Naprawdę. Żona, dzieci. A właściwie: zbieranina dzieci.
— Nie myśl, że wszystkie moje — śmieje się Karl.
Nie wiadomo czyje. Jakaś rodzina żony. Ktoś przyjechał w odwiedziny i… został. Niektóre dzieci są tu od kilku lat. Dom stoi, a ludzie przez niego przepływają, albo raczej przypływają.

Karl częstuje mnie ryżem z sosem oberżynowym. Następnego dnia idziemy na targ. Jemy lokalny ryż z sosem — może arachidowym, może po prostu „dzisiejszym”. Siedzimy między ludźmi, dźwiękami, zapachami. Bez ceremonii. Zwyczajnie. Dobrze.

Droga do Pity była długa i wytrzęsiona, ale takie drogi prowadzą dokładnie tam, gdzie trzeba.

Piękny dom praktycznie należy już do żony. Karl mieszka w kamperze zaparkowanym w ogrodzie. Nie był w stanie przystosować się do jej stylu życia. Chciał, żeby rodzina jadła przy stole. Udało się raz. Jeden jedyny raz. Teraz piękny stół stoi na tarasie — jak eksponat muzealny.

Żona woli jeść na podłodze, z dziećmi. Karl chciał na tarasie zrobić klimatyczną kawiarnię z naturalnymi sokami. W praktyce po tarasie chodzą i srają kury, leżą worki z ziarnem, jakieś szmaty, ubrania upchane w kątach. Suszy się maniok.

Karl się śmieje. Trochę z siebie, trochę z życia. Dom nad rzeką żyje własnym rytmem. Oto co znalazł — choć niekoniecznie tego szukał.





Droga do Pity

Na północ Konakry trzeba dojechać na wyczucie. Tam, gdzie podobno można znaleźć taksówkę do Pity. Wspólną taksówką przejechałam kawałek za daleko niż "dworzec", więc wracałam pieszo, kiedy zaczepił mnie gość:

— Pita?
Jechał do Pity. Taxi-busik, zaskakująco wygodny.

Wyjazd z miasta ciągnie się długo, bo Kanakry jest niezwykle rozciągnięte – komercyjna część, warsztaty, stragany, magazyny. Kilka razy zatrzymuje nas żandarmeria. Rutyna. Dokumenty. Spojrzenia. Jedziemy dalej.

Droga do Mamou jest dobra. Około czterech godzin jazdy. Między Kindią a Mamou wszystkie taksówki zatrzymują się w tym samym miejscu – na jedzenie. Linsan słynie z dobrej kuchni. Kobiety jedzą lokalny ryż z sosem z liści słodkich ziemniaków. Zielony, gęsty, parujący. 

Z Mamou do Pity zaczyna się inna opowieść. Droga robi się zła, trzęsie niemiłosiernie. Moje śniadanie szybko szuka ujścia. Proszę o przystanek na sikanie zaraz za Mamou. Kierowca podaje mi butelkę wody – do umycia rąk. Prosty gest, który zostaje w pamięci.

Jest gorąco. Kurz. Ale naprawdę wygodnie. Myślę, że w małej, zatłoczonej taksówce byłoby to nie do zniesienia.

Mijamy ulice, które pamiętam jak jedno wielkie targowisko. Potem Dalaba — już prawie wieczór, więc może targ się zwinął. W dolinach nowe, czerwone dachy. Krajobraz robi się miękki, falujący. A potem nagle zapada noc. 

Do Pity dojeżdżamy już po ciemku. Z Mamou jechaliśmy ponad trzy godziny. Kierowca opłaca moją motorową taksówkę.
— Bo jesteś bardzo miła — mówi.
Nie protestuję. W Afryce takie rzeczy się przyjmuje.