Nongo, szósta rano. Głos muezina jest jedynym dźwiękiem miasta. Ulice jeszcze śpią. Biznesy pozamykane, pojedyncze samochody, kilka motocykli – Konakry w wersji minimalistycznej.
Zatrzymujemy jedną mototaksówkę. John długo negocjuje cenę. Sto tysięcy na lotnisko.
Jedziemy. Wiatr we włosach, wiatr w twarz, wiatr mnie otula, jakby miasto chciało powiedzieć: jeszcze chwilę zostań. Puste ulice suną pod kołami. Skrzyżowanie Kassa zaczyna się budzić – kramy rozwijają się jak poranne kwiaty, sprzedawcy przecierają oczy, życie wraca na swoje miejsca.
Dalej, w stronę lotniska, ruch narasta powoli. Miasto budzi się do jednego z ostatnich dni ramadanu. A ja czmycham od tego wszystkiego na motocyklu.
Kierowca wykorzystuje jeszcze niezbyt zatłoczoną ulicę. Jedzie szybciej, niż powinien mieć w zwyczaju. Jean napomina go spokojnie: faire doucement – jedź wolniej. Lotnisko.
I nagle wszystko się zamyka w jednym zdaniu, w jednym oddechu, spojrzeniu. Czas pożegnania, zanim Gwinea na dobre się obudzi. Pozostają telefony.

No comments:
Post a Comment