Salima robi mi śniadanie. Potem idziemy do jej koleżanki – sąsiadki. One przez całe przedpołudnie oglądają seriale, jeden odcinek za drugim, a ja drzemię na fotelu, przysypiając między dialogami. Dzieci bawią się obok, co chwilę ktoś przebiega, coś upada, ktoś kogoś woła.
Później jedziemy do centrum handlowego, gdzie sąsiadka pracuje. Ma tam mały sklepik z ubraniami – ciuchy leżą na podłodze, kobiety siedzą między nimi, gadają, śmieją się, przewijają dzieci. Halimatou psoci bez przerwy. Wybierają ubrania dla mężów na święto zakończenia ramadanu.
W międzyczasie okazuje się, że Ousmane – kiedy ja byłam w Mali – jednak załatwił paliwo i pojechał do Mali. Nie wierzyłam, że mu się to uda w tych dniach, po tylu próbach, które podejmował wcześniej, jeżdżąc od stacji do stacji, zawsze wtedy, gdy pojawiała się jakaś plotka, że „gdzieś jest paliwo”. Bo tutaj to właśnie jest wyzwanie: stacja benzynowa mająca paliwo to nie jest norma. Jeśli paliwo się pojawi, od razu wiadomo – bo jest tłum.
Nie mogliśmy się skontaktować, większość czasu byliśmy poza zasięgiem. Teraz więc wracam do Mali taksówką. Afrykańska logistyka po raz kolejny wygrywa z planami.

No comments:
Post a Comment