Morze z daleka, prąd z doskoku


Budzę się tradycyjnie o 7. Wszyscy już na nogach, młody myje podłogę, słońce rozlewa się po tarasie jak świeżo rozlane mango smoothie i pięknie podświetla morze. Fatimata stroi się w jedną ze swoich absolutnie zjawiskowych sukienek i rusza na uczelnię – ja jeszcze w trybie „oczy otwarte, mózg nieobecny”.

Siedzę na balkonie. Widok znajomy: morze w oddali, sąsiedzi kręcący się po podwórku, na tacy plastikowe łyżki do bouillie już gotowe do akcji. Morze z daleka wygląda lepiej – oddzielone dachami i koronami drzew, trochę jak pocztówka, która nie mówi całej prawdy. Popołudniowe słońce opiera mi się o twarz.

Woda w kranie? Była. Teraz jej nie ma. W łazience za to stoi wielka beczka i kolekcja pojemników – magazyn hydrauliki zastępczej.

Idę do sklepu po klasyczny zestaw przetrwania: chleb, wodę, sardynki. W głębi sklepiku, na podłodze, siedzi dziewczyna i z anielskim spokojem kaligrafuje wersety Koranu na drewnianej tabliczce. 

Czekam na Muhameda i ruszamy na plażę. Plaża w wersji lokalnej: śmieci, błoto, czarny mulisty piasek przechodzący nagle w „prawie biały”, woda gdzieś tam daleko, jak obietnica. Gorąco. Budy kawiarniane świecą pustkami, bo nikt nie je, nikt nie pije, ale wszyscy naprawiają: stukanie młotka o blachę, ktoś reperuje coś przed świętem końca ramadanu. Smród, śmieci, a obok – nowe, piękne domy, świeżo postawione, jakby z innego świata. Słońce mnie osłabia. Ramadanowe popołudnie: na podwórkach zaczyna się kulinarny ferment.

Kankou częstuje mnie w domu bouillie z ryżu. W międzyczasie napełnia butelki miodem, który sprzedaje – multitasking level Afryka.

Wracam do Johna do Nongo. Otwiera jego kolega Kash: wytatuowany Leończyk, handlarz narkotyków w Kanadzie, z której musiał uciekać. Teraz kombinuje, jak wrócić. Widzi szansę przez Bahamas. Cały czas dzwoni, krzyczy, gestykuluje, negocjuje los.

Po kilku minutach wraca John. Dzwoni do restauracji, zamawia jedzenie. Pyta: ryba czy mięso? Wybieram rybę. John chce jeszcze pogadać z Leończykiem z restauracji, żeby dokładnie wytłumaczyć, co i jak ma być przygotowane – logistyka gastronomiczna na poziomie międzynarodowym. 

Restauracja trochę dalej niż Big Fataya – lokalny punkt odniesienia wszystkiego w tej dzielnicy. Obok libański warsztat samochodowy, przy ulicy grillują się kurczaki i ryby, robi się attiéké, dym z węgla drzewnego szczypie mnie w oczy, wszędzie dym, zapachy i życie.

Wchodzimy do środka. Przede mną ląduje ogromny talerz, a na nim jeszcze większa ryba z attiéké. Zwycięstwo dnia.

Tego wieczoru długo nie ma prądu, bo wczoraj – w poniedziałek wielkanocny – był przez cały dzień. Bilans energetyczny musi się zgadzać.

Kładę się spać. John wychodzi z Kashem załatwiać sprawy biletowe. Wracają, kiedy prąd już jest. Afrykańska noc domyka się jak klamra.







No comments:

Post a Comment