Idę do sklepu po klasyczny zestaw przetrwania: chleb, wodę, sardynki. W głębi sklepiku, na podłodze, siedzi dziewczyna i z anielskim spokojem kaligrafuje wersety Koranu na drewnianej tabliczce.
Czekam na Muhameda i ruszamy na plażę. Plaża w wersji lokalnej: śmieci, błoto, czarny mulisty piasek przechodzący nagle w „prawie biały”, woda gdzieś tam daleko, jak obietnica. Gorąco. Budy kawiarniane świecą pustkami, bo nikt nie je, nikt nie pije, ale wszyscy naprawiają: stukanie młotka o blachę, ktoś reperuje coś przed świętem końca ramadanu. Smród, śmieci, a obok – nowe, piękne domy, świeżo postawione, jakby z innego świata. Słońce mnie osłabia. Ramadanowe popołudnie: na podwórkach zaczyna się kulinarny ferment.
Kankou częstuje mnie w domu bouillie z ryżu. W międzyczasie napełnia butelki miodem, który sprzedaje – multitasking level Afryka.
Wracam do Johna do Nongo. Otwiera jego kolega Kash: wytatuowany Leończyk, handlarz narkotyków w Kanadzie, z której musiał uciekać. Teraz kombinuje, jak wrócić. Widzi szansę przez Bahamas. Cały czas dzwoni, krzyczy, gestykuluje, negocjuje los.
Po kilku minutach wraca John. Dzwoni do restauracji, zamawia jedzenie. Pyta: ryba czy mięso? Wybieram rybę. John chce jeszcze pogadać z Leończykiem z restauracji, żeby dokładnie wytłumaczyć, co i jak ma być przygotowane – logistyka gastronomiczna na poziomie międzynarodowym.
Restauracja trochę dalej niż Big Fataya – lokalny punkt odniesienia wszystkiego w tej dzielnicy. Obok libański warsztat samochodowy, przy ulicy grillują się kurczaki i ryby, robi się attiéké, dym z węgla drzewnego szczypie mnie w oczy, wszędzie dym, zapachy i życie.
Wchodzimy do środka. Przede mną ląduje ogromny talerz, a na nim jeszcze większa ryba z attiéké. Zwycięstwo dnia.
Tego wieczoru długo nie ma prądu, bo wczoraj – w poniedziałek wielkanocny – był przez cały dzień. Bilans energetyczny musi się zgadzać.
Kładę się spać. John wychodzi z Kashem załatwiać sprawy biletowe. Wracają, kiedy prąd już jest. Afrykańska noc domyka się jak klamra.
No comments:
Post a Comment