Droga do Pity

Na północ Konakry trzeba dojechać na wyczucie. Tam, gdzie podobno można znaleźć taksówkę do Pity. Wspólną taksówką przejechałam kawałek za daleko niż "dworzec", więc wracałam pieszo, kiedy zaczepił mnie gość:

Pita?
Jechał do Pity. Taxi-busik, zaskakująco wygodny.

Wyjazd z miasta ciągnie się długo, bo Kanakry jest niezwykle rozciągnięte – komercyjna część, warsztaty, stragany, magazyny. Kilka razy zatrzymuje nas żandarmeria. Rutyna. Dokumenty. Spojrzenia. Jedziemy dalej.

Droga do Mamou jest dobra. Około czterech godzin jazdy. Między Kindią a Mamou wszystkie taksówki zatrzymują się w tym samym miejscu – na jedzenie. Linsan słynie z dobrej kuchni. Kobiety jedzą lokalny ryż z sosem z liści słodkich ziemniaków. Zielony, gęsty, parujący. 

Z Mamou do Pity zaczyna się inna opowieść. Droga robi się zła, trzęsie niemiłosiernie. Moje śniadanie szybko szuka ujścia. Proszę o przystanek na sikanie zaraz za Mamou. Kierowca podaje mi butelkę wody – do umycia rąk. Prosty gest, który zostaje w pamięci.

Jest gorąco. Kurz. Ale naprawdę wygodnie. Myślę, że w małej, zatłoczonej taksówce byłoby to nie do zniesienia.

Mijamy ulice, które pamiętam jak jedno wielkie targowisko. Potem Dalaba — już prawie wieczór, więc może targ się zwinął. W dolinach nowe, czerwone dachy. Krajobraz robi się miękki, falujący. A potem nagle zapada noc. 

Do Pity dojeżdżamy już po ciemku. Z Mamou jechaliśmy ponad trzy godziny. Kierowca opłaca moją motorową taksówkę.
Bo jesteś bardzo miła — mówi.
Nie protestuję. W Afryce takie rzeczy się przyjmuje.




No comments:

Post a Comment