Kindia: zastrzyki, targ itp.

Dzieci idą do szkoły, Mamadou do pracy, Fatimatu też, ale zanim wyjdzie robi zastrzyk pacjentce, która przyszła do domu – zasłania zasłonę w drzwiach i w oknie, bo trzeba odsłonić kawałek pośladka, żeby wbić igłę. Ja w tym czasie myję zęby, czeszę się, wykonuję wszystkie te drobne, poranne czynności toaletowe na podwórku, z czajnikiem zamiast kranu.

Nagle na podwórko wpada dziewczyna w szkolnym mundurku. Na mój widok staje jak wryta – radośnie zaskoczona – i od razu pyta, jak mam na imię.

Dzwoni Mamadou Alfa, że jest w szpitalu z żoną, więc umawiamy sie tam na spotkanie. Proszę sąsiada Musę, żeby mi towarzyszył doładować telefon i znaleźć moto-taxi. Kierowca woła 7 tysięcy. Zbijam do 5. Wszyscy tu zawsze zaczynają od 7, choć cena najczęściej wynosi 4.

Po badaniach jedziemy do Mamadou. On z ciężarną żoną na jednym moto-taxi, ja z Ibrahimem na drugim. Zastanawiam się, jak Asyatu to znosi – jazda po tych wertepach w ciąży wydaje mi się torturą. Przecież to dziecko w brzuchu musi się trząść nie do opisania.

Żona gości mnie w swojej sypialni, na podłodze. Rozkłada swój modlitewny dywanik, żebym nie siedziała bezpośrednio na betonie. Mamadou kupuje grillowane mięso, Asyatu wyjmuje schowany majonez.

Cała rodzina, jak zwykle, wyleguje się w salonie – na słomianym materacu albo bezpośrednio na kafelkach. Mamadou pracuje nocami w piekarni, w jego domu nie prąd nie istnieje, więc telefony ładują się tam, gdzie jest elektryczność – w piekarni.

Targowisko w Kindii jest niezwykle ruchliwe. Ile razy już to mówiłam o różnych innych targowiskach?Jadąc z Mamadou, dosłownie przedzieramy się między samochodami i motocyklami ustawionymi w kompletnie nieuporządkowanych rzędach, rozsypanych jak dzieci na szkolnej przerwie, oraz pieszymi idącymi we wszystkich możliwych kierunkach. Skaczemy i kołyszemy się na czymś, co umownie można nazwać drogą.

Gdy targowisko i centrum zostają za nami, muszę trzymać się jeszcze mocniej. Robimy szybką rundkę po okolicy. Kawiarnia – przed drewnianym barakiem stoi ława. Pijemy kawę. Rozmawiamy o czymś i o niczym – chyba o piłce, na pewno o mnie. O zamążpójściu, jak zwykle. Mówię, że mam już lokalne nazwisko – Suaré.

Odwiedzamy dom mamy i wracamy inną drogą.

Mamadou jest zmęczony po pracy – modli się i je. Ja też jestem zmęczona. Może od gorąca, może od słabego prądu i warczącej lodówki. Z ulgą kładę się w salonie na macie. Jem arbuza, piję herbatę. Po wieczornej modlitwie Mamadou odwozi mnie do szkoły, gdzie stróżuje Ibrahima. Umawiamy się, że jutro będzie mi towarzyszył – najpierw wyjdziemy na pewną górę, a stamtąd pojadę do Mamadou Alfa.









 

No comments:

Post a Comment