Śniadanie proste: chleb z herbatą. Potem jedziemy do miasta. U kolegi w punkcie telefonii Orange chwilę rozmawiamy, przesiadujemy w cieniu. Jest gorąco, lepko, powietrze stoi. Później kręcę się sama po centrum. Wiatr zawiewa pyłem, osiada na skórze i ubraniach. Jutro niedziela – dzień targowy. Targowisko będzie dużo większe, głośniejsze, bardziej żywe.
Mama w domu uciera coś w moździerzu. Sumbarę z kitkami innej rośliny(wyglądają jak maleńkie kitki sosny) – będzie to dodawane po posypania potraw wg uznania, przyprawa o gorzkawym smaku. Zaprasza mnie, żebym spróbowała fonio. Delikatne.
Na podwórku pojawia się sąsiad.
– Polska? – drapie się w głowę.
Po chwili triumf:
– Lech Wałęsa! Karol Wojtyła!
Opowiada historię, jak spotkał kiedyś Austriaka i zawołał do niego:
– Bismarck!
– A kto to Bismarck? – zapytał Austriak..
Informacja turystyczna okazuje się sklepem z różnościami. Gość siedzi po drugiej stronie ulicy z kolegami, ale na mój widok podchodzi, zaprasza do środka. Wyciąga księgę gości, mam się wpisać. Szukam wpisów Polaków – pojedyncze są. Rozmowa szybko schodzi na sprawy obyczajowe: ile żon, ile dzieci. Jeden ma dwadzieścia pięć. Dzieci, nie żon.
Robię się głodna. Z Suleymanem kupujemy coś na targowisku, w domu przygotowuję sobie sałatkę. Po południu idę zobaczyć słynną Dame de Mali – Monte Loura, skalną damę strzegącą regionu, panującą z masywu skalnego nad ogromną, przepastną doliną.
Najpierw wychodzę na nią od góry – niemal depczę ją po głowie. Dopiero potem, z pobliskiej wioski, mogę zobaczyć ją naprawdę. Droga nie jest oznaczona. Trzeba ją znać. Siedem kilometrów w jedną stronę. Wracam już po ciemku i trochę się boję, najbardziej w leśnym odcinku. Potykam się o kamienie, przewracam się, ale zaraz wstaję i idę dalej.
Po drodze drzewa nere z czerwonymi, pięknymi, miękkimi kulkami. Nie wiem, czy to kwiaty, czy owoce. Z ich nasion powstaje sumbara – ta sama, którą rano ucierała mama.
Błąd, że poszłam w klapkach. Za to z ogromną przyjemnością się myję po powrocie. Jem ryż z rybą. Idę spać.
Kamienna dama zostaje na swoim miejscu. Pył opada. Dzień się domyka.




No comments:
Post a Comment