Moto-taxi dowozi mnie do szkoły – dalej już tylko nogi i ambicja. Po drodze mężczyzna podlewający działkę przy ledwo żywym potoku stwierdza, że sama się zgubię i że on może mi towarzyszyć. Wcześniej inny, zapytany o drogę, wykonał majestatyczny ruch ręką: TAM! – z góry na dół. Czyli wszystko jasne.
Przede mną skaliste pejzaże jak z folderu turystycznego (tylko bez folderu). Słońce za plecami, miasto w dole, ja idę „na wyczucie”. Trafiam na zamieszkaną jaskinię – bonus niespodzianka. Dusza wskakuje mi na ramię, ale idę dalej, udając, że nic się nie dzieje.
Przede mną piękne, skaliste krajobrazy. Słońce mam za plecami, nad miastem. Wspinaczka jest intuicyjna, idę „na wyczucie”. Trafiam na zamieszkaną jaskinię. Dusza wskakuje mi na ramię, ale idę dalej. Tu nie, ślepy zaułek. Tam przepaść. Szukam innej ścieżki. Docieram do pięknego tarasu widokowego. Wraca trauma z Rwandy. Słońce przypieka.
Znajduję cudowną ścieżkę prowadzącą wyżej. Idę nią. Skały, widok na jezioro. Robię zdjęcia. Odwracam się – i widzę gościa. Stoi za krzakami, w czerwonej koszulce, wpatruje się we mnie. Wyciągam wodę. On rusza dalej ścieżką, ale jeszcze kilka razy się ogląda.
Zamiast pójść za nim, zejść i spróbować wspiąć się na tę właściwą górę, boję się. Zawracam szybkim krokiem. Na ścieżce spotykam jeszcze mężczyznę z maczetą. Pełen pakiet atrakcji. Od tego momentu już biegnę przez chaszcze jak antylopa w panice. Wracam do szkoły inną drogą.
Trwa ewaluacja, uczniowie piszą sprawdziany. Jest przerwa. Rozmawiam z nauczycielkami. Na ścianach malowidła przedstawiające walki z kolonizatorami.
Docieram do głównej drogi. Włóczę się tam i z powrotem, licząc, że odkryję coś ciekawego. Nic z tego. Ciekawsza była dzielnica pod górą. Słońce grzeje mocno, więc najlepszym rozwiązaniem jest moto-taxi i powrót do Mamadou. Mango. Woda. Chleb z herbatą. Zasypiam. Budzę się, gdy na podwórku zaczyna się ruch. Zaczynamy gotowanie.
Wieczorem z Mamadou Alfą idziemy do jego piekarni. Słońce zaraz zajdzie. Ktoś jeszcze biegnie po ostatnie zakupy. Kobiety ubrane na czarno. Na kupie żwiru stoi dziewczynka z palcem w buzi, z rozwichrzonymi lokami.
Odwiedzamy pierwszą żonę. Też gotuje na podwórku. Zasłania twarz, poprawia welon. Chwila kurtuazyjnej rozmowy i wracamy do domu.
Tego wieczoru jestem bardzo senna. Po kolacji kładziemy się z Asyatu na podłodze w pokoju. Dziewczyny zabierają naczynia. Rozmawiamy i zasypiamy. Zanim odpłynę w sen, dowiaduję się, że jej pierwszy mąż ją bił. Ma z nim dwóch synów. Odeszła. Jedno z jej dzieci zmarło. Teraz jest w ósmym miesiącu ciąży. Pochodzi z Daloa. Najstarszy syn mieszka z jej mamą. Nie wie, że Mamadou Alfa też jest hazardzistą. Gra w xbet.




























No comments:
Post a Comment