Renault prawie pełne


Do Kindii jadę wspólną taksówką. Mamadou Diallo, zwany Mamadia, ostrzega mnie na wszelkie możliwe sposoby przed autostopem. Pracuje w ONZ, więc mają tam całe katalogi realnych i wyimaginowanych zagrożeń. Pierwsza taksówka kompletuje pasażerów dopiero około jedenastej. Brakuje jeszcze dziesiątego, ale reszta się na niego składa.

Renault 21. Do bagażnika wstawione siedzenie – cztery osoby. Na tylnej kanapie kolejne cztery. Z przodu dwie. Bagaże wszystkie na dachu, przewiązane siatkową plandeką. Oj, mój plecak dziś solidnie się zaprzyjaźni z czerwoną ziemią.

Jest gorąco. Bardzo jest gorąco. I ciasno. Sąsiadka jedzie z dzieckiem i kurą w reklamówce.Wszystko jest  do mnie przylepione, sukienka, siedzenie i mam wrażenie cały samochód z potężna zawartością. i jest ramadan.Jeden z pasażerów z przodu gra w xbet.. 

Auto stare, przeciążone, więc jedziemy cały dzień. Zatrzymujemy się na modlitwę popołudniową i
przedwieczorną w Linsan. Do Kindii dojeżdżamy około dziewiętnastej. Po drodze okazuje się, że ktoś, kto wysiadał w wiosce przed miastem, zabrał nie swój worek ziemniaków. 

Na dworcu taksówek czeka Mamadou. Jedziemy do domu i niemal od progu kłócimy się o malarię. Ja twierdzę, że tylko w Afryce jest śmiertelna. On – badacz patogenu malarii – mówi, że absolutnie nie. Naukowiec kontra doświadczenie terenowe.

Jestem potwornie zmęczona. Czekam, aż zrobią mi posłanie w pokoju, który wygląda jak magazyn po armagedonie: stosy czegoś, worki, garnki, wszystko naraz. Brakuje tylko… no nieważne. Ale jest moskitiera. A to w tej części świata luksus absolutny.

Zasypiam, zanim zdążę pomyśleć, gdzie właściwie dziś jestem.


No comments:

Post a Comment