Renault 21. Do bagażnika wstawione siedzenie – cztery osoby. Na tylnej kanapie kolejne cztery. Z przodu dwie. Bagaże wszystkie na dachu, przewiązane siatkową plandeką. Oj, mój plecak dziś solidnie się zaprzyjaźni z czerwoną ziemią.
Jest gorąco. Bardzo jest gorąco. I ciasno. Sąsiadka jedzie z dzieckiem i kurą w reklamówce.Wszystko jest do mnie przylepione, sukienka, siedzenie i mam wrażenie cały samochód z potężna zawartością. i jest ramadan.Jeden z pasażerów z przodu gra w xbet..
Auto stare, przeciążone, więc jedziemy cały dzień. Zatrzymujemy się na modlitwę popołudniową i
przedwieczorną w Linsan. Do Kindii dojeżdżamy około dziewiętnastej. Po drodze okazuje się, że ktoś, kto wysiadał w wiosce przed miastem, zabrał nie swój worek ziemniaków.
Jestem potwornie zmęczona. Czekam, aż zrobią mi posłanie w pokoju, który wygląda jak magazyn po armagedonie: stosy czegoś, worki, garnki, wszystko naraz. Brakuje tylko… no nieważne. Ale jest moskitiera. A to w tej części świata luksus absolutny.
Zasypiam, zanim zdążę pomyśleć, gdzie właściwie dziś jestem.






No comments:
Post a Comment