Poniedziałek Wielkanocny. Tylko w mojej głowie. Nie ma to nic wspólnego z tym, co się tutaj dzieje. Tu ramadan jest na ostatniej prostej. Dzieci dostały cały tydzień wakacji. W nocy była pierwsza noc modlitw w meczecie – od pierwszej do czwartej rano. Rytm dobowy rozjechany, jak wszystko w ramadanie.
Na śniadanie: chleb z majonezem. Albo z margaryną. Zależnie, co szybciej wpadnie w ręce.
Żona i siostra Ourego idą po wodę do studni. Zapasy z kranu obok domu już się skończyły. Woda pojawia się w nim raz w tygodniu, na krótko – wtedy napełnia się wszystko: wiadra, kanistry, co popadnie. Przy studni też jest kran i pompa na prąd. Jak jest prąd, to jest czysta woda. Jak nie ma – jest studnia.
Tuż obok studni stoją domy. Poranna krzątanina toczy się na małym podwórku, w dużej bliskości. Ktoś myje dziecko, ktoś pierze. Dzieci biegają, krzyczą, coś jedzą. Pośrodku mangowiec – majestatyczny, spokojny – trzyma na zwisających łodyżkach dojrzewające owoce. Słońce już mocno przypieka.
Gdy woda zostaje przyniesiona, dzieci jedzą śniadanie. Gorąca woda z termosu, mleko skondensowane z puszki, chleb i lekko zjełczała margaryna z litrowego plastikowego pojemnika. Stały zestaw.
Dom Ourego leży w dolinie rzeki. Droga do góry jest stroma, więc wychodzę pieszo, do miejsca, gdzie Oury może podjechać motorem. Jedziemy pożegnać się z rodziną Abdoulaya. Żona jeszcze śpi – przedpołudniowy, ramadanowy dzień. Obok małe targowisko już tętni życiem.
Dzieciaki z podwórka na mój widok wybiegają. Chcą nieść bagaże. Mówię, że tym razem niestety nie zostaję.
Potem jedziemy do szkoły Muhameda. Poniedziałek Wielkanocny, zaczynają się tygodniowe ferie. W następnym tygodniu – pewnie we wtorek – będzie święto kończące ramadan. Do szkoły przyszli wszyscy uczniowie, także z innych szkół. Robią zdjęcia tym, którzy będą zdawali egzaminy.
Siedzimy w biurze dyrektora. Muhamed robi ksera. W pokoju nauczyciela matematyki – wicedyrektora – jest potwornie gorąco. Bardzo zakurzony globus. W rogu dywaniki modlitewne. Przed drzwiami kupa śmieci. W końcu wychodzimy na zewnątrz z krzesłami.
Wracam z Muhamedem. Po drodze zabiera mnie Kankou. W poprzedni czwartek została okradziona w aptece – czterech zamaskowanych bandytów, dwóch z bronią. Z jej tarasu piękny widok na miasto i morze.
Na tarasie dziewczyny ubijają i gotują na butlach gazowych. Fatimatou z Czadu ma na sobie luźną czerwoną sukienkę i gustowną czapkę. Jest już prawie ciemno. Rozkładają obrus i siadają do jedzenia. Najpierw migdały, potem sos mięsno-krabowy z ziemniakami i chlebem. Na koniec hamza – coś jak buji – z mlekiem.
Siedzę na macie. Patrzę na dachy, korony drzew, morze. Kankou wyjmuje z worka sukienki, które sprzedaje. Jedna po drugiej. Schodzą się sąsiadki, oglądają to, co zamawiały. Dźwięk tłuczka w drewnianym moździerzu ubija w mojej głowie wszystko, co wydarzyło się w tej podróży do tej pory – krajobrazy, rozmowy, twarze. Wszystko się miesza.
Nie mogę oderwać wzroku od smukłej, wyniosłej postaci Fatimatou. Siedzi na niskim plastikowym taborecie. Jej ręce sprawnie krążą między wielkim drewnianym moździerzem a palnikiem gazowym. Z tego, co wrzuca, ubija i miesza, powstaje aromatyczny sos.
Na dole Muhamed pije ataję z kolegami. Jestem zmęczona. Kładę się spać. Ze mną w łóżku pięcioletnia Aisha. Kankou obok. Na podłodze jej bratowa z dwójką dzieci i młodsza siostra. Siedem osób w jednym małym pokoju. Noc zamyka się nad nami jak klamra.