Po drodze motocykl zabił kozę. Zbierają się starsi panowie, narada krótka i konkretna: kozę trzeba wyrzucić. Nie nadaje się do jedzenia, bo nie została zabita w rytualny, właściwy sposób. Szkoda tyle mięsa, ale zasady są zasadami.
Mijamy budynki administracji miejskiej i dochodzimy do targowiska. Stragany z lekarstwami sprzedają oficjalnie kosmetyki: trzy maści, dwa balsamy, jedno mydło. Pod ladą — prawdziwe życie: leki, które dostają tylko zaufani. Tak kupuje się taniej lekarstwa na malarię.
Ktoś miał pieniądze i wybudował kilkupiętrowy budynek z mieszkaniami. Stoją puste. Na dole działają sklepiki. Betonowa wizja przyszłości, która jeszcze nie przyszła.
Pijemy kawę tuba — senegalski wynalazek z kawy, imbiru i „czegoś jeszcze”, czego nikt nie potrafi dokładnie nazwać. Obok jest palarnia kawy. Kawa taka sobie, bo ziarna dojrzewają w różnym czasie, a zbierane są wszystkie naraz. Cierpliwość nie jest tu kluczową cnotą.
Jemy ryż z sosem w restauracji na targowisku. Najlepiej usiąść na zewnątrz, na ławce. Obok czekająpasażerowie na taksi do różnych wiosek. Przesuwają się bez słowa, żeby zrobić nam miejsce. Ciaśniej, ale razem.
Jogurt miejscowy to nie jogurt, tylko coś między twarożkiem a wspomnieniem po mleku. Karl wie gdzie jest najlepszy w mieście, gdzie jest naprawdę naturalny.
Na kolację kupuję attiéké z rybą. A jeśli zapytać kobiet, czego by chciały — każda powie: sklepik. A jeśli już go ma i zapytać, co zrobi z zarobionymi pieniędzmi — odpowie: wyślę dzieci do szkoły. Do Stanów.
Marzenia mają różną skalę. Czasem mieszczą się na ławce na targu. Czasem na dachu taksówki.
No comments:
Post a Comment