Jest prawie 9. Słońce pnie się w górę jak ambitny urzędnik, a po wczorajszym wieczornym, orzeźwiającym wietrze nie ma nawet wspomnienia. Została tylko patelnia.
Syn Aysatu myje podłogę, siostrzenica zmywa naczynia za domem – w pełnym słońcu, jakby sie chciała ogrzać niczym kondor przed porannym lotem. Aysatu rozpala ogień i podgrzewa ryż. W cieniu przed domem sąsiadki plotkują, a moje ugryzienia po komarach postanawiają przypomnieć mi o swoim istnieniu – wszystkie naraz.
Aysatu przynosi herbatę i chleb z majonezem. Jej mąż jeszcze nie wrócił z piekarni, albo jest u pierwszej żony – szczegóły są ruchome. Plan jest prosty: jak wróci, jedziemy do wodospadu. I jedziemy – w trójkę na jednym motocyklu. Ja w środku, w pozycji „nie oddychaj za głęboko”.
Miasto się kończy, zaczynają się pagórki. Jedziemy w stronę Mamou, na skrzyżowaniu w wiosce skręcamy do wodospadu zwanego Welonem Marii – brzmi niewinnie, wygląda symbolicznie. Mamadou Alfa dołącza, załatwia moto-taxi, paliwo kosztuje mnie 50 tysięcy – przepłacam, ale nie targuję się. Gościnność ma swoją cenę, a ja dziś nie mam energii na ekonomię.
Po drodze mijamy zepsutego busa. Bagaże na dachu, silnik wyjęty, przed autem rozciągnięta płachta na kijach – afrykańska stacja serwisowa deluxe. Skręcamy z głównej drogi, przejeżdżamy przez wioskę, targowisko i wjeżdżamy na teren wodospadu. Powstają domki wypoczynkowe, przyszłość puka. Skała tworzy coś w rodzaju zadaszenia, z krawędzi kapie woda. Niczym welon. Robimy zdjęcia. Wracamy.
Leżymy w salonie, jemy mango, regenerujemy się. Wszyscy zasypiają, bo upał to nie żart. O 15:30 dziewczyny już się krzątają – czas zacząć gotowanie na wieczór.
Na kolację będą kulki rybne. Małe ryby – już lekko aromatyczne – są obierane z ości. Muchy rzucają się na resztki jak na promocję. Ja ubijam cebulę z papryką, dodajemy sumbare kostkę maggi, ryby, mąkę. Powstaje masa. Kolacja: ryż z zupą rybną, czyli sosem z tłuczonych ryb w formie kulek.
Targuję się z moto-taxi i jadę do domu młodzieży. Spotkanie z fotografami, potem powrót przez targowisko – motorem skaczemy po kamieniach jak na torze przeszkód. Przez bezdroża do Sulii, potem z powrotem do Mamadou. Żona zmywa na podwórku i wita mnie uśmiechem – ciepłym, prawdziwym, takim na koniec dnia.Jedziemy jeszcze na górkę zobaczyć zachód słońca. Po drodze przydrożna kawiarnia – drewniana buda osłonięta płachtami. Idziemy dalej, mijamy coś, co wygląda jak płonące śmietnisko. Oddychanie staje się opcjonalne.
Spotykamy dwóch kolesi. Jeden mówi do mnie:
– Dobry wieczór.
Po polsku.
Okazuje się, że był marynarzem i pływał z Polakami. Świat jest absurdalnie mały.
W domu jemy „too” z sosem. Wszyscy idą na modlitwę, ja zostaję z dzieciakami. Kładę się przed domem. Sąsiadka przynosi mi złożone prześcieradło, żebym miała pod głowę. Luksus.
Wieczorna kawa w kawiarni u Diallo – zapach potu i rozmów. Sąsiad z lewej był w Europie Zachodniej i tłumaczy, że największym producentem pomidorów i bananów w Europie jest Hiszpania. Prawie, fakt, że mają ich dużo, może dlatego w sierpniu obrzucają się nimi bez opamiętania. Leżymy potem na macie w półmroku i dyskutujemy o kolonizacji. Prąd w drutach warczy jak stary pies.
Mycie zębów przy akompaniamencie wieczornego charkania. Od rana tłuką się garnkami – jedne dźwięki cichną, inne przejmują zmianę. Afryka nie zasypia. Ona tylko zmienia rytm.









No comments:
Post a Comment