Droga do jego domu to wertepy do kwadratu. Stromizny tak strome, że motocykl zastanawia się nad sensem istnienia. Wąskie betonowe przejazdy za zakrętami, gdzie człowiek widzi swoje życie w skrócie. Na jednym odcinku schodzę z motoru – profilaktycznie, żeby nie testować praw fizyki.
Przy domu była kiedyś rzeka. Teraz jest rzeka śmieci. Wody o tej porze roku – śladowe ilości, tylko w kilku kałużach. Śmieci – ilości niebywałe, hurtowe. Tak wygląda dolina rzeki. Tak się tu mieszka. W porze deszczowej ponoć nadal się tu kąpią.
Oury prowadzi mnie do pokoju z tyłu domu. Zamawia worek wody w saszetkach. Żona, Mariam, przynosi wodę w wiaderku – pod prysznic. Prysznic to cementowa podłoga i murowane ściany. Obok, w podłodze, wykafelkowany kibel, dumnie w centrum cementowej podsadzki. Pokój pachnie wilgocią. Ściany murowane, kafle na podłodze. W nocy na ścianach karaluchy – nocna zmiana.Chcę sobie coś wyprać. Nie ma mowy. „Ty nie” – słyszę. Wypierze dziewczyna. Młodsza siostra Ourego albo ktoś z tej kategorii „rodzina, która po prostu tu jest”. W domu są dwie nastolatki i to one MUSZĄ to zrobić. „Wyciągaj wszystko do prania”. Demokracja skończyła się, zanim się zaczęła.
Rozmawiam z Mariam. Po chwili okazuje się, że już ma dla mnie męża. Proponuje swojego – mnie jako drugą żonę. Sama mnie wybrała.
Mam trochę czasu dla siebie. Internet MTN w tym momencie działa – cud techniki – więc korzystam, ile się da. Potem idę asystować przy przygotowaniu posiłków. Oury ucina sobie popołudniową drzemkę. Obudzi się punktualnie na jedzenie.
Gotujemy ryż z sosem z orzechów arachidowych. Pomidory z cebulą i przecierem, wszystko smażone z kostką Maggi. Do tego masło orzechowe rozrobione z wodą. Ryby wędzone, obrane z ości i wcześniej obsmażone w oleju. Jedzą w sposób zdecydowany: niemal cała dłoń do ust, pełna garść ryżu. Precyzja nie jest tu wymagana.Po dziewiętnastej – przerwanie postu. Woreczki z wodą do ust, potem łyżki i ręce idą w ruch. Najpierw jedzenie, potem modlitwa. Kolejność rzeczy jest jasna: pusty żołądek nie klęka.
Na wieczorną modlitwę Oury jeździ codziennie do krewnych. Przy okazji pije ataję. Ja przeczekuję czas modlitwy w salonie przed telewizorem. Gospodyni, starsza pani, jest zagorzałą fanką sportu. Kanały sportowe lecą na zmianę z informacyjnymi.Wiadomości to czysty teatr. Główną rolę gra prezydent – wojskowy, który przejął władzę po zamachu stanu dwa lata temu. W zwolnionym tempie paraduje przez ekran. Za nim zmieniają się komputerowe dekoracje: nowoczesna kolej sunąca ponad dżunglą we wschodnim regionie kraju. Bajka. Taka dla dzieci. Nigdy to nie powstanie. Prościej byłoby zbudować zwykłą drogę – tej też nie ma. Dlatego z Konakry do Abidżanu jedzie się cztery dni.Prezydent ma wiele cudownych pomysłów. Jak każdy. I na pomysłach się kończy. Reszta to jakieś halucynacyjne omamy.
Zanim Oury wróci do domu, pije jeszcze jedną ataję. Znów więc podskakujemy po drogach-niedrogach, po skałach. Wnętrzności zmieniają położenie. Jest ciemno, tylko światła motocykli i przechodnie z latarkami. Dziś nie ma prądu. Siedzimy przed sklepem kolegi. W ciemnościach, na pamięć, z wyczuciem przelewa ataję. Jutro, gdy będzie prąd, nie rozpoznam tego miejsca. W świetle wszystko wygląda inaczej. Jakby było z innego kraju.









No comments:
Post a Comment