Kółko przez wzgórza i ziemia z dna rzeki

Wczesnym rankiem brat wyrusza w drogę. Wraca do siebie, do Dalaby. Ousmane młóci ryż w moździerzu — jakby chciał udowodnić, że potrafi. Wiem, że potrafi.

Mama krząta się od świtu. Zawsze pierwsza na podwórku. Ma prawie dziewięćdziesiąt lat, jest wysoka, szczupła, silna. Jej skóra czarna jak węgiel lśni w porannym chłodzie. Zanim zdążę wyjść, ona już tam jest — odpowiednio ubrana, z koralami na szyi.

Idziemy na spacer po okolicy. Robimy kółko przez wzgórza. Ousmane pokazuje mi zagajnik eukaliptusowy, który niegdyś sadził jego ojciec. Mówię, że eukaliptusy nie są najlepsze dla suchej afrykańskiej ziemi — potrzebują dużo wody i składników odżywczych, a ich drewno nie ma większej wartości. Słucha uważnie, kiwa głową.

Po drodze odwiedzamy krewnych. Kobiety przygotowują kuskus. Siadam obok nich. Najpierw prażą mąkę, potem w miskach, kubkiem, ugniatają ją na drobne grudki. Sąsiadki pomagają, atmosfera jest wspólnotowa, pełna prostoty.

Z Fatimatą idę na działkę. Bierze taczki i mały zagarniak. Schodzimy na dno rzeki. Odgarnia liście, sprawdza, czy pod spodem jest ziemia, czy tylko skała. Jest trochę gleby. Najpierw zagarniakiem, potem rękami — jak pazurami — zgarnia ją i ładuje na taczkę. Zawozimy ziemię na działkę. Rozsypuje ją na prostokątnej grządce. Jutro coś tam posieje albo posadzi.

Taczki zostają na poletku. My zbieramy suche drewno do gotowania. Większą wiązkę niesie ona, mniejszą ja — jak dziecko.

Wracamy. Pod wieczór jedziemy jeszcze odwiedzić kogoś we wsi Fatimaty. Na podwórku stoi przykryty dżip, wyżej okrągły dom pełniący funkcję kuchni — wchodzi się do niego lekko w dół.

Żegnam się z mamą Zainab. W prezencie dostaję pagne. Wieczór staje się chłodny.

I znów dzień zamyka się cicho, bez pośpiechu.

No comments:

Post a Comment