Podjeżdża ciężarówka. Kierowca nie chce mnie zabrać, bo jedzie tylko kawałek. Ja bardzo chcę, żeby właśnie ten kawałek był moim kawałkiem. On radzi mi wziąć taksówkę. Dziękuję za życiową poradę i zostaję pod drzewem.
Po godzinie, może dwóch, zatrzymuje się samochód. Jedziemy kilka, może kilkanaście kilometrów i wysiadamy ze współpasażerem. Kierowca mówi, że mogłabym zostać we wsi współpasażera, bo już jest trochę późno, tam mogę przenocować, bo jest już późno, droga długa, a jutro od rana mogę łapać stopa przy drodze. Dodaje, że dziś wieczorem i tak będą jechały ciężarówki z towarem do Labé. Brzmi rozsądnie.
Idę z pasażerem w kierunku wsi. On zatrzymuje motocykl, ale ten jest już obładowany workami tak, że nawet moja nadzieja się nie zmieści, ale zabiera mojego towarzysza. Odjeżdża. Żegna się uprzejmie. Nazywa się Ali Hassan Diallo. Zapamiętuję, bo setki facetów w Gwinei tak się nazywają.
Idę i idę przez pustkowia. Droga w miarę w dół, gorąco jak w piekarniku, jestem cała mokra. Nie wiem gdzie ta wieś. Nie ma gdzie się zatrzymać. Mijam starą, stojącą ciężarówkę, obok niej kilku typów – nie zatrzymuję się, idę dalej. W końcu jakieś skrzyżowanie, trochę ludzi. Kawałek dalej pień albo kamień – wystarczy. Siadam, piję wodę.
Motocykle mnie mijają. Wszystkie obładowane trzema osobami. I workami. W końcu jeden pojedynczy się zatrzymuje. Jedzie do wsi na F, dość daleko. Ja chcę tylko do wsi na T. Zabiera mnie.
Wysiadam przed sklepem. Pytam zgromadzonych tam facetów o współpasażera, który mi zwiał. Reakcja zbiorowa:
— A czego ty od niego chcesz?!
Tłumaczę. Takich ludzi jest mnóstwo. Dzwonią do dwóch. To nie oni. Jeden z nich jest w szpitalu.
No to idę dalej. Na stopa. Przy drodze duża szkoła. Idę i idę, końca wsi nie widać. Przy końcu zabudowań szkoły zatrzymuje się obok mnie chłopak – nauczyciel z tej szkoły. Jedzie do Mali. Mówi, że załatwi mi transport.
Naprzeciwko mieszka emerytowana nauczycielka Mariam. Już do nas podchodzi. Nauczyciel oddaje mnie pod jej opiekę jak paczkę priorytetową. Chciałam rozgościć się przed jej domem – też jest tam cudowne drzewo. Ale Mariam stanowczo zabiera mnie do środka.
Częstuje wodą. Potem kawą: gorąca woda, saszetka kawy. Chleb z majonezem. Mleko w proszku – wyciąga wielki worek. Następnie proponuje odpoczynek w sypialni. Mam się położyć. Kładę się.
Słyszę ruch na podwórku, patrzę na godzinę – powinni już szykować jedzenie. Wychodzę. Pomagam obierać cebulę i ziemniaki. Rozmawiam z córką Mariam, próbuję zapamiętać imiona dzieci. Ktoś dzwoni do Mariam. To kierowca, który obiecał transport. Mówi, że już jedzie ciężarówka.
Za chwilę przyjeżdżają dwaj kierowcy i jedna pasażerka. Siadam w kabinie z tyłu. Trzymam się siedzenia jak życia. Trzęsie strasznie. Do Yenbere dojeżdżamy na przerwanie postu o zmierzchu. Jemy razem ryż i sos z kurczakiem.
Czekamy jeszcze na jedną pasażerkę, która co tydzień przyjeżdża tu na handel. Zatrzymujemy się tam, gdzie sprzedają mango – wiadra mango, bardzo tanio. Kupujemy gotowane mango jako przekąskę. Tak, gotowane mango.
Jeszcze kilka razy po drodze zatrzymujemy się, szukając towaru do przewiezienia. Jeśli ktoś chce coś wysłać do miasta, wystawia to przy drodze w niedzielę wieczorem. Ciężarówki z Mali centre do Labé wtedy jeżdżą. Ludzie machają latarkami w ciemności.
Zasypiam. Budzę się prawie w Mali. Kierowcy nie pozwalają mi iść w nocy – mówią, że to niebezpieczne. Dojeżdżamy o 1:30. Mam czekać do rana.
Nad ranem zasypiam w kabinie na dobre. Śpię do ósmej. Potem idę do doktora.
Stop okazał się długi, kręty i pełen nauczycieli.
Drzewa – niezawodne.






No comments:
Post a Comment