W mieście i prawie za miastem

Po nocnej modlitwie Oury śpi długo. Jem kawałek chleba na śniadanie – wystarczy – i ruszamy. Przez miasto. Ulicą, która wygląda jak targowisko: wszystko się sprzedaje, wszystko się rusza, wszystko trąbi. A potem nagle wjeżdżamy w rejon nowych budów.

Pojedyncze domy, apartamentowce, mnóstwo konstrukcji zaczętych i porzuconych w pół gestu. Tu budują się bogaci i obcokrajowcy. W kilka minut jesteśmy jak na innej planecie. Stąd miasto ogląda się z boku. Widać, jak kończy się ostrą linią – zbita gęstwina domów urywa się nagle. A tu: przestrzeń. Oddech.

Pola, łąki, zagajniki palmowe. Pasterz Fulani z Nigru biegnie za swoim stadem. Pola ryżowe czekają na deszcz i ziarno, póki co twarde jak kamień. Prowizoryczne zadaszenia stoją w polu, żeby było gdzie usiąść w cieniu. Na tej suchej pustyni nagle oaza – jakiś dom. Siadamy pod palmą.

Ludzie pojawiają się znikąd. Przechodnie spod niezbyt jasnej gwiazdy. Patrzą. Długo. Przewiercają wzrokiem, oceniają nie wiadomo co: stan podartego worka, czy po prostu dawno nie widzieli białej. Spinam się w środku. Oury leży spokojnie. No tak. Ja ze swoim bagażem doświadczeń, który już będzie zawsze ciążył. Już nigdy nie będę podróżować całkiem lekko.

Pod palmą rozmawiamy. O obyczajach. O Fulanach – potężnym ludzie Peul. Wolą poślubić kobietę, która miała wcześniej wielu mężczyzn, niż taką, którą sami by „otworzyli”. Boga się boją – a ten, według nich, każe im się żenić z kobietą przez nich nietkniętą. Niewiele rodzin zgodzi się na inny układ. Logika krąży własnymi ścieżkami.

Oury nie ma dokumentów. Jeździ drogami, gdzie nie ma policji. Tak jest łatwiej niż wyrabiać papiery, które zginęły prawdopodobnie w czasie powodzi. Nie jest pewien kiedy i jak. Dokumenty w Afryce mają tendencję do rozpływania się w porze deszczowej.

W drodze do domu kupuję chleb i sardynki, żebym miała co zjeść w ramadanowe popołudnie. Na kolację będzie sos z liści słodkich ziemniaków. Liście gotuje się, wodę odlewa. Do tego rozdrobniona ryba, ubita cebula, kostka przyprawowa, czerwony olej i odrobina gombo w proszku. Proste, zielone, sycące. Rodzina śpi na kafelkach, bo dają trochę chłodu. Oury jedzie do video klubu na mecz.

Chcę wyprać buty. Młodsza, nastoletnia siostra już się zbiera do roboty – to jej obowiązek. Nie chce słyszeć, że zrobię to sama. Oury jest panem domu. Znajduję więc wyjście okrężne:
– Słuchaj, ja jestem starsza od ciebie. Tutaj najstarsza. A starszym należy się szacunek i posłuch. Będzie tak, jak ja chcę.

Działa.

Popołudnie z Mariam. Jest gorąco. Ona tylko w pagne, góra naga, piękny, obfity biust. Leżymy na matach na tarasie i rozmawiamy o zwyczajach Fulani i Malinke. Ci drudzy mogą się spotykać przed ślubem. Mogą nawet uprawiać seks.
– Ach ty i twoje zwyczaje – śmieje się Mariam. – Twoje przekonania.

Wieczorem idziemy do kolegi, który pracuje w ambasadzie Indii. Schludny salonik. Siedzimy na kafelkowej podłodze, na dywaniku. Pani domu w pagne i czerwonej bluzce bez rękawów podaje jedzenie i siada z boku na krześle, zajmując się roczną córką. Fonio albo kuskus z twarogiem, potem ryż z sosem. Ananas na deser. Wszystko czyste, poukładane.

Potem ataja u innych znajomych. Typowe podwórko z mieszkaniami dookoła. Siedzimy długo. Prawie zasypiam, wpatrując się w księżyc. Miasto już śpi. Ja jeszcze nie.

Zapomniałam, że dzisiaj Wielkanoc. W tej dzielnicy nie ma kościoła katolickiego.






No comments:

Post a Comment