Filary tego przybytku powinny być oblewane wodą, bo przecież ocean. Ale woda Atlantyku – nadzwyczaj spokojnego, jakby zmęczonego własną potęgą – jest daleko od brzegu. Ocean się cofnął, jakby wiedział, że tu i tak nikt go nie zagospodaruje.
Jean patrzy przed siebie i już widzi. Tu restauracja. Tu parking. Tu hotel. Wszystko jasne, logiczne, gotowe. Mówi, że to łatwe. Trudniej tylko z dojazdem. Droga wąska, więc trzeba by wybudować dwupoziomową. Wiadukt. To wyzwanie dla inżynierów, ale Jean jest zadowolony ze swojego pomysłu. Ktoś to musi tylko sfinansować.
Podrzucam więc własną wizję: a może lądowisko dla helikopterów? Jean pochwala. Bardzo przyszłościowe. W Gwinei przyszłość zawsze zaczyna się jutro.
Morze jest piękne. Zawsze. Nawet tutaj. Przyjemnie nad nim usiąść, popatrzeć, odpocząć wzrokiem. Tylko że w Konakry, zanim wzrok dotrze do wody, zatrzymuje się po drodze. Na tym, co między mną a oceanem. A po drodze jest… kupa śmieci.
Może się czepiam. Może jestem nieprzyzwyczajona. W Gwinei każdy jest przyzwyczajony, więc chyba tego nie widzi. Widzi za to hotel, restaurację, parking. I marzy.
Siedzi więc człowiek nad oceanem, wśród śmieci, i marzy o… czymś tam. Być może nawet o pięknym widoku.

No comments:
Post a Comment