Promenada marzeń i inne inwestycje przyszłości

Afrykanie to marzyciele. Jean też jest marzycielem. Stoimy na tarasie nad morzem. A właściwie na czymś, co tarasem jest tylko z nazwy. To taki twór urbanistyczny w Konakry w dzielnicy Nongo – niby deptak, niby promenada, a na niej podrzędny bar, który działa wyłącznie wtedy, gdy komuś akurat chce się go otworzyć.

Filary tego przybytku powinny być oblewane wodą, bo przecież ocean. Ale woda Atlantyku – nadzwyczaj spokojnego, jakby zmęczonego własną potęgą – jest daleko od brzegu. Ocean się cofnął, jakby wiedział, że tu i tak nikt go nie zagospodaruje.

Jean patrzy przed siebie i już widzi. Tu restauracja. Tu parking. Tu hotel. Wszystko jasne, logiczne, gotowe. Mówi, że to łatwe. Trudniej tylko z dojazdem. Droga wąska, więc trzeba by wybudować dwupoziomową. Wiadukt. To wyzwanie dla inżynierów, ale Jean jest zadowolony ze swojego pomysłu. Ktoś to musi tylko sfinansować.

Podrzucam więc własną wizję: a może lądowisko dla helikopterów? Jean pochwala. Bardzo przyszłościowe. W Gwinei przyszłość zawsze zaczyna się jutro.

Morze jest piękne. Zawsze. Nawet tutaj. Przyjemnie nad nim usiąść, popatrzeć, odpocząć wzrokiem. Tylko że w Konakry, zanim wzrok dotrze do wody, zatrzymuje się po drodze. Na tym, co między mną a oceanem. A po drodze jest… kupa śmieci.

Może się czepiam. Może jestem nieprzyzwyczajona. W Gwinei każdy jest przyzwyczajony, więc chyba tego nie widzi. Widzi za to hotel, restaurację, parking. I marzy.

Siedzi więc człowiek nad oceanem, wśród śmieci, i marzy o… czymś tam. Być może nawet o pięknym widoku.

No comments:

Post a Comment