Patrzę na ruch uliczny w Konakry i nie wierzę własnym oczom. Samochody, motory, moto-taksówki, tuk-tuki, klaksony, manewry bez zapowiedzi, bez zasad, bez logiki. Przynajmniej tej, którą znam. I myślę: to niemożliwe, żeby tak jeździć i się nie zderzać.
Niemożliwe.
A jednak.
Konakry. Wysiadam z samolotu po północy. Zmęczona, niewyspana. Nie mogę się podłączyć do wifi, żeby dostać wizę – naklejkę niewielka kolejka. Po dwóch tygodniach w Polsce znów gorąco i wilgotno. Jest noc, da się wytrzymać, trzeba schować polar głęboko. Małe lotnisko. Najpierw wiza, potem bagaż. Ja bagażu nie mam. Sprawdzają tych, którzy mają – czy na pewno zabrali swoje. Skaner. I już jest się na zewnątrz.
Otwarty korytarz, który jest już na dworze. Afryka wita bez drzwi. Przy wyjściu czeka John. Czy mogę tu wymienić franki CFA. Tak. Zaraz mi to załatwi. Wymieniam trochę cfa i dostaję całą paczkę pieniędzy. Nie mam cierpliwości, by to liczyć. John przeliczył. Ledwo mieszczą mi się w plecaku. Wspólna taksówka – chyba 4000, czekamy aż się zapełni. płacimy za jedno ostatnie miejsce, bo już nie mamy cierpliwości czekać. Na nocnym straganie John kupuje marchewki, bo jest "uzależniony" od marchewkowej sałatki. I jest to jedno z jego popisowych dań. Potem jeszcze tuk-tuk – chyba 2000. I jesteśmy. W domu.
Wracam do znanego klimatu, który przez ostatnie miesiące był utrapieniem. Nie widzę śmieci, bo jest noc. Uważam na wyboiste kamienie. Wszędzie ludzie. Ludzie, którzy nie śpią. Dlaczego oni nie śpią? Ja ledwo stoję. Marzę tylko o tym, żeby się położyć i spać. Komfortowy, klimatyzowany apartament. Sen wygrywa ze wszystkim.
Kolejnego wieczoru idziemy zobaczyć zachód słońca, bo nic innego tu nie ma do podziwiania na wybrzeżu. Może poza graffiti. Tutejsze wybrzeże jest syfiaste. Wieczorem kręci się dziwne towarzystwo. Są też śpiewacy – stoją twarzą do oceanu i ćwiczą głos. Śpiewają do morza.
A morze cicho szumi.

No comments:
Post a Comment