Nitka księżyca i inne sprawy nie do zaplanowania

Wczoraj doktor pokazał mi nowy księżyc. Cieniutki nów, jak nitka zawieszona na niebie. To znak: zaczyna się nowy miesiąc,tym razem święty czas postu i refleksji. W Arabii Saudyjskiej nów widzieli dzień wcześniej, więc tam ramadan zaczął się wcześniej. Tu – później. Dokładnej daty nigdy nie zna się z wyprzedzeniem i to doprowadza mnie do szału. Jak zaplanować wyjazd do rodziny na święta, skoro nawet księżyc nie trzyma się kalendarza?

Miejscowe powiedzenie idealnie to podsumowuje, pytanie: „ça va un peu?” – jak leci, trochę dobrze i taka sama jest odpowiedź, w znaczeniu jakoś leci. Trochę działa, trochę nie, trochę później. To zdanie tłumaczy wszystko: ramadan, prąd, wodę, plany i życie.

Ousman nie poszedł do pracy. Spał do południa po nocnej wizycie w meczecie i porannym jedzeniu o wpół do piątej. Ramadan zmienia wszystko: dzień przesuwa się w noc, noc w dzień, a organizm musi się podporządkować niebu.

Budzą mnie muezini z głównego meczetu. Jem śniadanie. Hawa – sąsiadka i przyjaciółka – przynosi mi jedzenie. 

Hawa ma chłopaka. Rozmawiają. Czy czasem się spotykają? Zaprzecza. Czerwieni się. Według gwinejskiego zwyczaju, jeśli spotykają się przed ślubem, nie mogą się pobrać. Poznali się na jakimś przyjęciu. Logika serca kontra logika tradycji – wynik zawsze ten sam.

Z Hawą gotujemy: najpierw ubijamy ugotowane gombo, potem bakłażany. Dodajemy kostkę, sól, paprykę. Ona wykłada wszystko osobno na talerzyku, by potem zmieszać.

Wieczorem, w ostatniej godzinie ramadanowego postu, sprzedajemy bisap. Mrożony w woreczkach po 1000, w półlitrowych butelkach po 3000. Kupują spragnieni, gotowi na przerwanie postu. Biznes działa najlepiej wtedy, gdy wszyscy czekają na pierwszą kroplę. W pewnym momencie jakiś gościu się rzuca, że robię zdjęcia i że będzie gdzieś dzwonił. Podpowiadam mu, gdzie najlepiej powinien zadzwonić. Sprawa się kończy szybciej, niż się zaczęła.

Przyjeżdża Leon – 21-latek z Austrii, jakiś podróżnik. Pijemy ataję z mlekiem, przygotowana przez sąsiada, nastolatka o imieniu Ramadan. Obrzydliwie słodką. Nad dachem pięknie świeci księżyc, już nie jak nitka, tylko pewniejszy siebie.

Ciekawsze są rozmowy z kobietami. Salima była obrzezana. Jej młodszym siostrom i dzieciom już się tego nie robi. Ale tylko w bardziej „światłych” rodzinach. Postęp przychodzi tu powoli, małymi kroczkami, czasem wolniejszymi niż wędrówka księżyca po niebie.

Doktor zawozi mnie i Leona motocyklem do Ousmana. Jedziemy we trójkę, jakby to była najnormalniejsza rzecz na świecie. Inni jeżdżą w szóstkę.

Podwórko u Ousmana jest zaskakująco estetyczne. Czyste, uporządkowane, przyjemne dla oka. Jego pokój już nie. Zapach uderza od razu. Podarta wykładzina, brudne prześcieradło, ubrania wiszące na wieszaku, buty ustawione rzędami na podłodze. Sufit zwisa niemal nad głową. W pokoju nie ma prądu, okno zasłonięte brudną szmatą. Kontrast między podwórkiem a wnętrzem jest brutalny, ale nikogo nie dziwi, ça va un peu.







No comments:

Post a Comment