Ja w tym czasie ratuję własne życie lotnicze: odwołany lot, nowy bilet, kilka kliknięć, kilka westchnień, trochę nerwów. Globalizacja działa świetnie – można utknąć wszędzie.
Siedzimy w domu. Wieczorem wychodzimy. Trójkółka wiezie nas do KEPE. John załatwia swoje sprawy na pewnym targowisku przy pewnym skrzyżowaniu – handel, rozmowy, drobne negocjacje, świat w pigułce. Potem motorem na plażę. Chłopacy ćwiczą głosy, śpiewają na skałach nad morzem. Głosy niosą się nad wodą, jakby morze miało je zapamiętać i oddać komuś dalej.
W domu jemy zamówione wcześniej "too" z manioku z sosem z mięsem i krabami. Kawałki kraba znikają w jego ustach w tempie ekspresowym. Słychać chrupanie, potem ssanie, a na końcu resztki lądują na stole – pogryzione, przemielone, po przejściach. Krab nie miał szans.Ja się kładę spać. Oni wychodzą biegać – każdy radzi sobie z wieczorem po swojemu.
Budzi mnie o północy. Bardzo chce mi się spać. Bardziej niż wszystkiego innego. Prosi, żebym przyszła do salonu. Idę półprzytomna, w stanie między snem a jawą. Na stole urodzinowy tort.
I wtedy śpiewają mi „Happy Birthday”.
Afryka – zawsze wie, kiedy zaskoczyć.
.jpg)

No comments:
Post a Comment