John znika po chleb. Wraca i robi omlet z awokado. Leniuchujemy. Pochmurne poranki też mają swoje zalety.
Wychodzimy wczesnym popołudniem. Słońce jednak wróciło. Jedziemy do Matoto zapłacić za łóżko – workiem pieniędzy - taką wartość ma frank gwinejski. Dochodzimy do głównej ulicy, podjeżdża tuk-tuk. Siadamy po dwóch stronach kierowcy, jak w równowadze kontrolowanej. Jedziemy w stronę Lambanyi. Skrzyżowanie, wspólne taksówki, ruch, zawrót głowy. "Gustowne" opony ustawione jak instalacja artystyczna. Gwar, harmider, busiki ze zwisającymi ludźmi z otwartych tylnych drzwi.
Mijamy rondo z globusem na wykafelkowanym postumencie. Globalizacja w kafelkach.
Po prawej malownicze targowisko. Jean bierze mój aparat i robi zdjęcia. Przejeżdżamy skrzyżowanie z pomnikiem faceta z instrumentem – wygląda, jakby grał miastu do tańca. Dalej jedziemy już jednym motocyklem.
Sklep meblowy. John kładzie na stół grube pliki banknotów, a ja patrzę przez szybę na busiki z chłopakami zwisającymi z tylnych drzwi. To oni przyciągają mój wzrok, nie meble.
Motocyklem jedziemy na targowisko. Przeciska się między pojazdami, jakby miał łokcie. Gdyby miał, powiedzielibyśmy, że się nimi rozpycha. Każe mi czekać na początku targu – a może na końcu, bo tu wszystko jest względne. Nie chcę wiedzieć, po co on tam idzie. Znajduję drewnianą ławkę przy punkcie operatora sieci telefonicznej. Siadam. Naprzeciwko na ławce śpi facet.
Wychodzimy prosto na wielkie skrzyżowanie BAMBETO. W remoncie. Potężny wiadukt w budowie. Skrzyżowanie strategiczne: w jedną stronę centrum handlowe, w drugą lotnisko, w trzecią dzielnica hotelowa, w czwartą wielki meczet z okrągłą kopułą. John wybiera taksówkę – najlepszą, najładniejszą. Siedzimy razem z przodu. Przez okno robi zdjęcie państwowej telewizji. Jak afrykański paparazzi.
Motocyklem jedziemy do lokalnego fast foodu w Kepe. Skrzydełka z kurczaka, frytki. Jest Wi-Fi – luksus najwyższej klasy. Dwoma motocyklami wracamy do domu inną drogą.
Wieczorem przyjeżdża Ibrahima. Gadu-gadu o podróżach, światach, planach. Żegnamy się. Z Johnem szybko ustalamy kolację: szynka w puszce, chleb kupujemy tez na ulicy? Nie, chleb on kupuje w piekarni. Trójkółką po pomidory i chleb. Piekarnia nowoczesna, elektryczna, a chleb dmuchany – nie te długie bagietki z tradycyjnych pieców.
Dochodzimy do głównej ulicy. Wyciągamy rękę po trójkółkę.
No comments:
Post a Comment