Awaria, muchy i najmłodszy mechanik świata

Taksówka jest przeciążona do granic możliwości. Stare, wysłużone renault 19 ledwo rusza. Widać, że zarówno samochód, jak i kierowca wiele w życiu przeszli. Miasto kończy się szybko. Pierwszy postój – coś reparacji. Jedziemy dalej. Drugi postój – już dłuższy. Trzeci nad wodą – większa naprawa. Ruszamy, podjeżdżamy pod górę, tzn. usiłujemy i to już koniec. Dalej nie pojedziemy.

Wysiadamy. Próbujemy pchać, ale samochód bez nas też nie chce współpracować. Kobiety natychmiast zajmują miejsca w krzakach, kładą się wygodnie. Ramadan. One sobie poleżą, pośpią, poczekają. Cierpliwość to tutaj bezcenna umiejętność.

Krążę między pasażerami a kierowcą, próbując zrozumieć, co się stało. Nie rozumiem nic z technicznych wyjaśnień, ale wszyscy mówią, że „to nic poważnego”. Tylko że kierowca sam tego nie naprawi. Zasięgu brak. Za to muchy są – miliony. Bezwzględne, natarczywe. Gołębie by się przydały, może zaniosłyby wiadomość do Ousmana, że utknęłam w szczerym polu. Muchy niczego nie zaniosą. Kolejna praktyczna funkcja szalika: odganianie owadów.

Kierowca łapie okazję i jedzie po pomoc. Wraca po ponad godzinie na motocyklu. Myślę: z mechanikiem i jego synem. Z motoru schodzi tylko nasz kierowca i dziecko, może dziesięcioletnie z rękami pełnymi narzędzi, a właściciel motoru odjeżdża. Dziecięcy mechanik rzuca narzędzia obok samochodu, rozgląda się fachowym wzrokiem, szuka odpowiedniego kamienia, który trzeba podłożyć „tam, gdzie trzeba”, i zaczyna naprawę. Samochód zostaje rozkręcony na części pierwsze. Dziecko bez problemu wciska się pod samochód.

Jestem przekonana, że tu dziś nocujemy. Nie wierzę, że da się to złożyć z powrotem. Nie wierzę, że to dziecko naprawdę wie, co robi. A jednak – po kilku godzinach ruszamy. Odwozimy małego mechanika do miasteczka.

Patrzę na typowy afrykański ruch uliczny i nagle dzieje się coś niezwykłego: przechodzi trąba powietrzna. Zaczyna się niewinnym podmuchem wiatru. Ludzie od razu wiedzą, co się święci – schodzą jej z drogi. Kilkanaście sekund, kurz opada i wszystko wraca do normy.

Tuż przed zmrokiem docieramy do Mali. Siadam na drewnianej ławce obok kobiety sprzedającej coś nieokreślonego. Dzwoni Ousman – zaraz będzie. Nadchodzi w tradycyjnym stroju, bierze mój plecak. Idziemy wertepami, między śmieciami, w dół. U krewnych trwa przerwanie postu – ostatnie przygotowania. Bisap krąży w butelkach. Gospodarz wypija pół i podaje mi resztę.

Pierwsze pytanie: gdzie toaleta. Dostaję plastikowy czajnik i idę.

Jemy razem – baby z chłopami. Jem „too” kukurydziane po raz pierwszy, wcześniej znałam tylko maniokowe. Jest sos, jest też buji. Byłam bardzo głodna.

Ousman czekał tu na mnie od południa. Teraz jedziemy do jego wsi. Trzeba się trochę wspiąć, by dotrzeć do drogi. Rodzina nas odprowadza, pomagają z plecakami. O zmroku opuszczamy Mali w kierunku przeciwnym niż Dame de Mali. Droga jest ekstremalna – nie widzę prawie nic, ale czuję każdy metr.

Zatrzymujemy się. Zsiadam, otwieram furtkę, jeszcze kawałek pod górę. Wjeżdżamy na ciemne podwórko. Rodzina siedzi razem. Serdeczne powitania. Mama, brat, żona brata, dwóch synów, trzeci gdzieś poza domem. Jeszcze jedna kobieta z córką – u nich będę spać.

Idę się myć. Oni idą na modlitwę do sąsiadów. Potem jeszcze jeden wspólny posiłek. Jestem wykończona. Z ulgą słyszę, że mogę iść spać.

Moje rzeczy są w pokoju Ousmana. Śpię w innym domu. Zadbany pokój, szerokie łóżko. Śpię na nim z Hałąłą, na podłodze brat, jej mama w innym pokoju.

Zasypiam natychmiast.








No comments:

Post a Comment