Na górze dom, na dole woda

Rano idziemy do wujka. Mieszka „na górze” — i to dosłownie. My prawie u podnóża, on wysoko, wysoko. Rozmawiają o polityce. Siedzimy w salonie: z jednej strony drewniana ława, z drugiej drewniane krzesła, gliniane ściany pobielone, ale już dawno straciły świeżość. Żona zagląda tylko na chwilę, żeby się przywitać.

Potem w swoim pokoju, po drugiej stronie podwórka, wujek przesypuje na płótno fonio i wręcza nam porcję. Sypialnie są tu zazwyczaj wszystkim naraz: magazynem, spiżarnią, garderobą, składzikiem na naczynia i ubrania. Łóżko to półka.

Ten dom naprawdę jest wysoko. A woda — daleko w dole, ale przecież są kobiety.

— Za rządów Afla Konda przynajmniej był prąd — słyszę.
Teraz wszystko się „informatyzuje”: dokumenty biometryczne, systemy, nowoczesność. Tylko że prądu nadal nie ma.

Na zewnątrz rosną piękne sumbary. Dostaję gałązkę ze strąkami w prezencie. Po otwarciu można jeść żółty miąższ, który z czasem rozpada się w pył. W moim plecaku też się rozpadł. Ziarna ubija się, fermentuje, suszy, znów ubija. Efekt: śmierdząca (o specyficznym zapachu) pycha. Afrykańska musztarda.

Jest piątek. Jedziemy do meczetu. Przed nim rośnie baobab. Zostaję tam na chwilę — owoce już opadły i wyschły. Szukam nasion. Idę pod pobliską szkołę, siadam w cieniu i łapię zasięg. Na podwórku stoi facet na motorze, przygląda mi się, podjeżdża. Pyta, kim jestem. Okazuje się, że to młody dyrektor szkoły. Cztery budynki, w tym biuro dyrektora i nowy budynek przedszkola — z wyposażeniem.

Wracam pod meczet. Wychodzące kobiety witają się ze mną, jakbyśmy znały się od zawsze.

Wracamy do domu, a Hałała wychodzi pięknie wystrojona. Ousmane zostawia mnie i wraca po kolegę. Rodzina zapada w popołudniowy letarg. Ja siedzę na zewnątrz i patrzę na rozedrgane gorące powietrze unoszące się nad dachem z trawy, który kryje okrągły dom Ousmana w dole.

Kozy przychodzą wylizywać oparte o ścianę drewniane moździerze. Mają smak suszonych ryb,


afrykańskich bakłażanów, sumbary, papryki, szczypioru i liści. Kuchnia fusion, tylko dla kóz.

Ubijam liście manioku. Pytam, czy już dobrze. Fatimata ciągle mówi, że nie. Jeszcze. Jeszcze. A ja już nie mam siły.

Po okolicy chodzą kozy i kury. Te ostatnie odgania się długą witką przy każdym gotowaniu. Drzewa pomarańczowe uginają się od owoców, mango zwisają.

Noszę wodę ze studni. Po dziesięć litrów. Czasem piętnaście. Namawiam brata Ousmana, Muhameda, żeby mi pomógł. Ousmane też pomaga. Fatimata twierdzi, że tylko dlatego, że tu jestem — normalnie faceci tego nie robią.

Ousmane młóci fonio w moździerzu. Na dłoniach robią mu się pęcherze.

A ja noszę wodę i klnę w duchu. Zamiast wymyślić system, żeby woda dochodziła do domu, to się modlą, skarżą, czekają na białych, że przyjadą i im to zrobią. To nie zając — dla nich to żaden problem. Mają przecież kobiety do noszenia wody. One zatroszczą się o życie ziemskie, o strawę i mycie. Oni mogą się skupić na życiu niebieskim, wiecznym.

Dom mamy jeszcze nie jest w najgorszym miejscu. Ale ta ciotka na wzgórzu - codziennie wspina się z wodą jak na Rysy. O porządnym myciu można zapomnieć. Wodę trzeba oszczędzać.

Kiedyś nosili ją z rzeki. Od lat 90. mają studnię. Rzeka w porze suchej wysycha — jest marzec. W maju mają przyjść deszcze. Teraz chodzimy po suchym dnie koryta.

Nad rzeką wyrabiają cegły. Rozłożone schną na słońcu. Ktoś potrzebuje 1500 — lepi, układa w wieżę i wypala. Jak w Rwandzie. Ousmane mówi, że to niszczenie środowiska. Chodzimy po wyrobisku, nad dziurami i nawiasami ziemi.

























No comments:

Post a Comment