Miotła, modlitwa i małe wyjątki od reguły

Podział ról w Gwinei, jak w wielu innych krajach afrykańskich, jest prosty i klarowny. Kobieta zajmuje się domem: gotuje, zmywa, pierze, sprząta i w międzyczasie ogarnia dzieci — najlepiej wszystkie naraz, z uśmiechem i bez narzekania. Mężczyzna natomiast… modli się i pracuje. Przy czym to drugie, umówmy się, nie zawsze wychodzi zgodnie z planem.

Oczywiście, jak w każdej zasadzie, i tu zdarzają się wyjątki. Czasem są one wyciągane na pokaz, niczym odświętny strój zakładany tylko na ważne okazje. Innym razem wynikają z autentycznego przekonania, że miotła nie gryzie, a dziecko nie eksploduje w rękach ojca.

Rodzin takich jak Usmanne i jej mąż z Labé — gdzie mężczyzna w razie potrzeby potrafi zakasać rękawy i partycypować w domowych obowiązkach — jest jednak jak na lekarstwo. To raczej egzotyczny okaz niż lokalny standard. Widok mężczyzny pomagającego w domu wciąż budzi tu większe zdziwienie niż brak prądu.

Ale kto wie — może to właśnie od takich „rzadkich gatunków” zaczynają się małe rewolucje.A może wcale nie są potrzebne.

Życie w zgodzie z naturą, czyli szczur XXL na obiad

Ze wspomnień gwinejskich uporczywie powraca mi obraz Karla — Niemca, który z pasją i uporem starał się żyć „w zgodzie z naturą”. Jego zamiłowanie do wykorzystywania cudów afrykańskiej ziemi było szczere, ale czasem pełne komicznych zwrotów akcji.

Tego ranka Karl krząta się po ogrodzie jak dziecko w sklepie z zabawkami. Rozpala ogień, a potem z triumfem wskazuje na klatkę, w której siedzi coś, co wygląda jak szczur w wersji XXL. „Będzie uczta!” — zaciera ręce. Naturalne mięso, zero chemii. Karl zawsze jest wniebowzięty, gdy jego pułapka przyniesie efekt. Nawet jeśli miejscowi kręcą głowami i mówią, że to niejadalne, on odpowiada pewnie: „Ale w internecie czytał, że można!”.

Tym razem szczur nie stawiał większego oporu. Dał się złapać bez walki i szybko zakończył swój żywot. Karl, pełen entuzjazmu, wrzucił zdobycz na ogień. I wtedy zaczęło się przedstawienie. Zamiast apetycznego mięsa, z klatki piersiowej zwierza wypłynęła substancja przypominająca galaretę. Duże, drżące kulki, połączone w dziwną masę.

Karl patrzył, kręcił głową i w końcu stwierdził: „Chyba jednak tego nie zjem. Dam psu sąsiadów, i tak mnie często wkurza”. Plan wydawał się prosty. Ale pies, po krótkim obwąchaniu, spojrzał na Karla z miną mówiącą: „Myślisz, że ja to ruszę?” — i odszedł bez słowa.

Akurat ten kulinarny eksperyment zakończył się fiaskiem. Zdrowy rozsądek miejscowych wygrał.



Miasto jeszcze śpi, ja już jadę

Nongo, szósta rano. Głos muezina jest jedynym dźwiękiem miasta. Ulice jeszcze śpią. Biznesy pozamykane, pojedyncze samochody, kilka motocykli – Konakry w wersji minimalistycznej.

Zatrzymujemy jedną mototaksówkę. John długo negocjuje cenę. Sto tysięcy na lotnisko. 

Jedziemy. Wiatr we włosach, wiatr w twarz, wiatr mnie otula, jakby miasto chciało powiedzieć: jeszcze chwilę zostań. Puste ulice suną pod kołami. Skrzyżowanie Kassa zaczyna się budzić – kramy rozwijają się jak poranne kwiaty, sprzedawcy przecierają oczy, życie wraca na swoje miejsca.

Dalej, w stronę lotniska, ruch narasta powoli. Miasto budzi się do jednego z ostatnich dni ramadanu. A ja czmycham od tego wszystkiego na motocyklu.

Kierowca wykorzystuje jeszcze niezbyt zatłoczoną ulicę. Jedzie szybciej, niż powinien mieć w zwyczaju. Jean napomina go spokojnie: faire doucement – jedź wolniej. Lotnisko.

I nagle wszystko się zamyka w jednym zdaniu, w jednym oddechu, spojrzeniu. Czas pożegnania, zanim Gwinea na dobre się obudzi. Pozostają telefony.


Wreszcie pochmurny dzień

Pierwszy pochmurny poranek w Konakry. Odsłaniam zasłonę i miasto wygląda… dziwnie. Jakby ktoś zdjął filtr „słońce”. To dlatego nie jedziemy na wyspy – gdyby zaczęło padać, łódki by stamtąd nie wracały. A jutro rano mam samolot. 

John znika po chleb. Wraca i robi omlet z awokado. Leniuchujemy. Pochmurne poranki też mają swoje zalety.

Wychodzimy wczesnym popołudniem. Słońce jednak wróciło. Jedziemy do Matoto zapłacić za łóżko – workiem pieniędzy - taką wartość ma frank gwinejski. Dochodzimy do głównej ulicy, podjeżdża tuk-tuk. Siadamy po dwóch stronach kierowcy, jak w równowadze kontrolowanej. Jedziemy w stronę Lambanyi. Skrzyżowanie, wspólne taksówki, ruch, zawrót głowy. "Gustowne" opony ustawione jak instalacja artystyczna. Gwar, harmider, busiki ze zwisającymi ludźmi z otwartych tylnych drzwi. 

Mijamy rondo z globusem na wykafelkowanym postumencie. Globalizacja w kafelkach.

Po prawej malownicze targowisko. Jean bierze mój aparat i robi zdjęcia. Przejeżdżamy skrzyżowanie z pomnikiem faceta z instrumentem – wygląda, jakby grał miastu do tańca. Dalej jedziemy już jednym motocyklem.

Sklep meblowy. John kładzie na stół grube pliki banknotów, a ja patrzę przez szybę na busiki z chłopakami zwisającymi z tylnych drzwi. To oni przyciągają mój wzrok, nie meble.

Motocyklem jedziemy na targowisko. Przeciska się między pojazdami, jakby miał łokcie. Gdyby miał, powiedzielibyśmy, że się nimi rozpycha. Każe mi czekać na początku targu – a może na końcu, bo tu wszystko jest względne. Nie chcę wiedzieć, po co on tam idzie. Znajduję drewnianą ławkę przy punkcie operatora sieci telefonicznej. Siadam. Naprzeciwko na ławce śpi facet. 

Wychodzimy prosto na wielkie skrzyżowanie BAMBETO. W remoncie. Potężny wiadukt w budowie. Skrzyżowanie strategiczne: w jedną stronę centrum handlowe, w drugą lotnisko, w trzecią dzielnica hotelowa, w czwartą wielki meczet z okrągłą kopułą. John wybiera taksówkę – najlepszą, najładniejszą. Siedzimy razem z przodu. Przez okno robi zdjęcie państwowej telewizji. Jak afrykański paparazzi.

Motocyklem jedziemy do lokalnego fast foodu w Kepe. Skrzydełka z kurczaka, frytki. Jest Wi-Fi – luksus najwyższej klasy. Dwoma motocyklami wracamy do domu inną drogą.

Wieczorem przyjeżdża Ibrahima. Gadu-gadu o podróżach, światach, planach. Żegnamy się. Z Johnem szybko ustalamy kolację: szynka w puszce, chleb kupujemy tez na ulicy? Nie, chleb on kupuje w piekarni. Trójkółką po pomidory i chleb. Piekarnia nowoczesna, elektryczna, a chleb dmuchany – nie te długie bagietki z tradycyjnych pieców.

Dochodzimy do głównej ulicy. Wyciągamy rękę po trójkółkę.



Odwołany lot i urodziny po półnmocy

Rano kręcę się w pościeli jak bielizna w pralce bez wody. Myję się, otwieram komputer – życie cyfrowe zaczyna się wcześniej niż życie ulicy. Chłopaki wychodzą z Kashem załatwiać sprawę biletu. Wracają po południu z niczym. Bilet jak duch – wszyscy o nim mówią, nikt go nie widział.

Ja w tym czasie ratuję własne życie lotnicze: odwołany lot, nowy bilet, kilka kliknięć, kilka westchnień, trochę nerwów. Globalizacja działa świetnie – można utknąć wszędzie.

Siedzimy w domu. Wieczorem wychodzimy. Trójkółka wiezie nas do KEPE. John załatwia swoje sprawy na pewnym targowisku przy pewnym skrzyżowaniu – handel, rozmowy, drobne negocjacje, świat w pigułce. Potem motorem na plażę. Chłopacy ćwiczą głosy, śpiewają na skałach nad morzem. Głosy niosą się nad wodą, jakby morze miało je zapamiętać i oddać komuś dalej.

W domu jemy zamówione wcześniej "too" z manioku z sosem z mięsem i krabami. Kawałki kraba znikają w jego ustach w tempie ekspresowym. Słychać chrupanie, potem ssanie, a na końcu resztki lądują na stole – pogryzione, przemielone, po przejściach. Krab nie miał szans.

Ja się kładę spać. Oni wychodzą biegać – każdy radzi sobie z wieczorem po swojemu.

Budzi mnie o północy. Bardzo chce mi się spać. Bardziej niż wszystkiego innego. Prosi, żebym przyszła do salonu. Idę półprzytomna, w stanie między snem a jawą. Na stole urodzinowy tort.

I wtedy śpiewają mi „Happy Birthday”.

Afryka – zawsze wie, kiedy zaskoczyć.

Morze z daleka, prąd z doskoku


Budzę się tradycyjnie o 7. Wszyscy już na nogach, młody myje podłogę, słońce rozlewa się po tarasie jak świeżo rozlane mango smoothie i pięknie podświetla morze. Fatimata stroi się w jedną ze swoich absolutnie zjawiskowych sukienek i rusza na uczelnię – ja jeszcze w trybie „oczy otwarte, mózg nieobecny”.

Siedzę na balkonie. Widok znajomy: morze w oddali, sąsiedzi kręcący się po podwórku, na tacy plastikowe łyżki do bouillie już gotowe do akcji. Morze z daleka wygląda lepiej – oddzielone dachami i koronami drzew, trochę jak pocztówka, która nie mówi całej prawdy. Popołudniowe słońce opiera mi się o twarz.

Woda w kranie? Była. Teraz jej nie ma. W łazience za to stoi wielka beczka i kolekcja pojemników – magazyn hydrauliki zastępczej.

Idę do sklepu po klasyczny zestaw przetrwania: chleb, wodę, sardynki. W głębi sklepiku, na podłodze, siedzi dziewczyna i z anielskim spokojem kaligrafuje wersety Koranu na drewnianej tabliczce. 

Czekam na Muhameda i ruszamy na plażę. Plaża w wersji lokalnej: śmieci, błoto, czarny mulisty piasek przechodzący nagle w „prawie biały”, woda gdzieś tam daleko, jak obietnica. Gorąco. Budy kawiarniane świecą pustkami, bo nikt nie je, nikt nie pije, ale wszyscy naprawiają: stukanie młotka o blachę, ktoś reperuje coś przed świętem końca ramadanu. Smród, śmieci, a obok – nowe, piękne domy, świeżo postawione, jakby z innego świata. Słońce mnie osłabia. Ramadanowe popołudnie: na podwórkach zaczyna się kulinarny ferment.

Kankou częstuje mnie w domu bouillie z ryżu. W międzyczasie napełnia butelki miodem, który sprzedaje – multitasking level Afryka.

Wracam do Johna do Nongo. Otwiera jego kolega Kash: wytatuowany Leończyk, handlarz narkotyków w Kanadzie, z której musiał uciekać. Teraz kombinuje, jak wrócić. Widzi szansę przez Bahamas. Cały czas dzwoni, krzyczy, gestykuluje, negocjuje los.

Po kilku minutach wraca John. Dzwoni do restauracji, zamawia jedzenie. Pyta: ryba czy mięso? Wybieram rybę. John chce jeszcze pogadać z Leończykiem z restauracji, żeby dokładnie wytłumaczyć, co i jak ma być przygotowane – logistyka gastronomiczna na poziomie międzynarodowym. 

Restauracja trochę dalej niż Big Fataya – lokalny punkt odniesienia wszystkiego w tej dzielnicy. Obok libański warsztat samochodowy, przy ulicy grillują się kurczaki i ryby, robi się attiéké, dym z węgla drzewnego szczypie mnie w oczy, wszędzie dym, zapachy i życie.

Wchodzimy do środka. Przede mną ląduje ogromny talerz, a na nim jeszcze większa ryba z attiéké. Zwycięstwo dnia.

Tego wieczoru długo nie ma prądu, bo wczoraj – w poniedziałek wielkanocny – był przez cały dzień. Bilans energetyczny musi się zgadzać.

Kładę się spać. John wychodzi z Kashem załatwiać sprawy biletowe. Wracają, kiedy prąd już jest. Afrykańska noc domyka się jak klamra.







Poniedziałek wielkanocny w ramadanie

Poniedziałek Wielkanocny. Tylko w mojej głowie. Nie ma to nic wspólnego z tym, co się tutaj dzieje. Tu ramadan jest na ostatniej prostej. Dzieci dostały cały tydzień wakacji. W nocy była pierwsza noc modlitw w meczecie – od pierwszej do czwartej rano. Rytm dobowy rozjechany, jak wszystko w ramadanie.

Na śniadanie: chleb z majonezem. Albo z margaryną. Zależnie, co szybciej wpadnie w ręce.

Żona i siostra Ourego idą po wodę do studni. Zapasy z kranu obok domu już się skończyły. Woda pojawia się w nim raz w tygodniu, na krótko – wtedy napełnia się wszystko: wiadra, kanistry, co popadnie. Przy studni też jest kran i pompa na prąd. Jak jest prąd, to jest czysta woda. Jak nie ma – jest studnia.

Tuż obok studni stoją domy. Poranna krzątanina toczy się na małym podwórku, w dużej bliskości. Ktoś myje dziecko, ktoś pierze. Dzieci biegają, krzyczą, coś jedzą. Pośrodku mangowiec – majestatyczny, spokojny – trzyma na zwisających łodyżkach dojrzewające owoce. Słońce już mocno przypieka.

Gdy woda zostaje przyniesiona, dzieci jedzą śniadanie. Gorąca woda z termosu, mleko skondensowane z puszki, chleb i lekko zjełczała margaryna z litrowego plastikowego pojemnika. Stały zestaw.

Dom Ourego leży w dolinie rzeki. Droga do góry jest stroma, więc wychodzę pieszo, do miejsca, gdzie Oury może podjechać motorem. Jedziemy pożegnać się z rodziną Abdoulaya. Żona jeszcze śpi – przedpołudniowy, ramadanowy dzień. Obok małe targowisko już tętni życiem.

Dzieciaki z podwórka na mój widok wybiegają. Chcą nieść bagaże. Mówię, że tym razem niestety nie zostaję.

Potem jedziemy do szkoły Muhameda. Poniedziałek Wielkanocny, zaczynają się tygodniowe ferie. W następnym tygodniu – pewnie we wtorek – będzie święto kończące ramadan. Do szkoły przyszli wszyscy uczniowie, także z innych szkół. Robią zdjęcia tym, którzy będą zdawali egzaminy.

Siedzimy w biurze dyrektora. Muhamed robi ksera. W pokoju nauczyciela matematyki – wicedyrektora – jest potwornie gorąco. Bardzo zakurzony globus. W rogu dywaniki modlitewne. Przed drzwiami kupa śmieci. W końcu wychodzimy na zewnątrz z krzesłami.

Wracam z Muhamedem. Po drodze zabiera mnie Kankou. W poprzedni czwartek została okradziona w aptece – czterech zamaskowanych bandytów, dwóch z bronią. Z jej tarasu piękny widok na miasto i morze.

Na tarasie dziewczyny ubijają i gotują na butlach gazowych. Fatimatou z Czadu ma na sobie luźną czerwoną sukienkę i gustowną czapkę. Jest już prawie ciemno. Rozkładają obrus i siadają do jedzenia. Najpierw migdały, potem sos mięsno-krabowy z ziemniakami i chlebem. Na koniec hamza – coś jak buji – z mlekiem.

Siedzę na macie. Patrzę na dachy, korony drzew, morze. Kankou wyjmuje z worka sukienki, które sprzedaje. Jedna po drugiej. Schodzą się sąsiadki, oglądają to, co zamawiały. Dźwięk tłuczka w drewnianym moździerzu ubija w mojej głowie wszystko, co wydarzyło się w tej podróży do tej pory – krajobrazy, rozmowy, twarze. Wszystko się miesza.

Nie mogę oderwać wzroku od smukłej, wyniosłej postaci Fatimatou. Siedzi na niskim plastikowym taborecie. Jej ręce sprawnie krążą między wielkim drewnianym moździerzem a palnikiem gazowym. Z tego, co wrzuca, ubija i miesza, powstaje aromatyczny sos.

Na dole Muhamed pije ataję z kolegami. Jestem zmęczona. Kładę się spać. Ze mną w łóżku pięcioletnia Aisha. Kankou obok. Na podłodze jej bratowa z dwójką dzieci i młodsza siostra. Siedem osób w jednym małym pokoju. Noc zamyka się nad nami jak klamra.






W mieście i prawie za miastem

Po nocnej modlitwie Oury śpi długo. Jem kawałek chleba na śniadanie – wystarczy – i ruszamy. Przez miasto. Ulicą, która wygląda jak targowisko: wszystko się sprzedaje, wszystko się rusza, wszystko trąbi. A potem nagle wjeżdżamy w rejon nowych budów.

Pojedyncze domy, apartamentowce, mnóstwo konstrukcji zaczętych i porzuconych w pół gestu. Tu budują się bogaci i obcokrajowcy. W kilka minut jesteśmy jak na innej planecie. Stąd miasto ogląda się z boku. Widać, jak kończy się ostrą linią – zbita gęstwina domów urywa się nagle. A tu: przestrzeń. Oddech.

Pola, łąki, zagajniki palmowe. Pasterz Fulani z Nigru biegnie za swoim stadem. Pola ryżowe czekają na deszcz i ziarno, póki co twarde jak kamień. Prowizoryczne zadaszenia stoją w polu, żeby było gdzie usiąść w cieniu. Na tej suchej pustyni nagle oaza – jakiś dom. Siadamy pod palmą.

Ludzie pojawiają się znikąd. Przechodnie spod niezbyt jasnej gwiazdy. Patrzą. Długo. Przewiercają wzrokiem, oceniają nie wiadomo co: stan podartego worka, czy po prostu dawno nie widzieli białej. Spinam się w środku. Oury leży spokojnie. No tak. Ja ze swoim bagażem doświadczeń, który już będzie zawsze ciążył. Już nigdy nie będę podróżować całkiem lekko.

Pod palmą rozmawiamy. O obyczajach. O Fulanach – potężnym ludzie Peul. Wolą poślubić kobietę, która miała wcześniej wielu mężczyzn, niż taką, którą sami by „otworzyli”. Boga się boją – a ten, według nich, każe im się żenić z kobietą przez nich nietkniętą. Niewiele rodzin zgodzi się na inny układ. Logika krąży własnymi ścieżkami.

Oury nie ma dokumentów. Jeździ drogami, gdzie nie ma policji. Tak jest łatwiej niż wyrabiać papiery, które zginęły prawdopodobnie w czasie powodzi. Nie jest pewien kiedy i jak. Dokumenty w Afryce mają tendencję do rozpływania się w porze deszczowej.

W drodze do domu kupuję chleb i sardynki, żebym miała co zjeść w ramadanowe popołudnie. Na kolację będzie sos z liści słodkich ziemniaków. Liście gotuje się, wodę odlewa. Do tego rozdrobniona ryba, ubita cebula, kostka przyprawowa, czerwony olej i odrobina gombo w proszku. Proste, zielone, sycące. Rodzina śpi na kafelkach, bo dają trochę chłodu. Oury jedzie do video klubu na mecz.

Chcę wyprać buty. Młodsza, nastoletnia siostra już się zbiera do roboty – to jej obowiązek. Nie chce słyszeć, że zrobię to sama. Oury jest panem domu. Znajduję więc wyjście okrężne:
– Słuchaj, ja jestem starsza od ciebie. Tutaj najstarsza. A starszym należy się szacunek i posłuch. Będzie tak, jak ja chcę.

Działa.

Popołudnie z Mariam. Jest gorąco. Ona tylko w pagne, góra naga, piękny, obfity biust. Leżymy na matach na tarasie i rozmawiamy o zwyczajach Fulani i Malinke. Ci drudzy mogą się spotykać przed ślubem. Mogą nawet uprawiać seks.
– Ach ty i twoje zwyczaje – śmieje się Mariam. – Twoje przekonania.

Wieczorem idziemy do kolegi, który pracuje w ambasadzie Indii. Schludny salonik. Siedzimy na kafelkowej podłodze, na dywaniku. Pani domu w pagne i czerwonej bluzce bez rękawów podaje jedzenie i siada z boku na krześle, zajmując się roczną córką. Fonio albo kuskus z twarogiem, potem ryż z sosem. Ananas na deser. Wszystko czyste, poukładane.

Potem ataja u innych znajomych. Typowe podwórko z mieszkaniami dookoła. Siedzimy długo. Prawie zasypiam, wpatrując się w księżyc. Miasto już śpi. Ja jeszcze nie.

Zapomniałam, że dzisiaj Wielkanoc. W tej dzielnicy nie ma kościoła katolickiego.






Lekcje historii, wf-u i Lewandowski

Ziemniaki odsmażone, chleb, woda i mleko skondensowane. Zestaw startowy wystarczający, żeby ruszyć w świat – a przynajmniej do szkoły.

Jedziemy rano na lekcje. Najpierw WF – temat: piłka nożna, to co Afryka kocha najbardziej. Potem historia: wielki kryzys w USA. Wcześniej była rewolucja bolszewicka. Chronologia elastyczna, za to zainteresowanie uczniów autentyczne.

Siadam tyłem do okna, obok dziura w murze, zabita w poprzek nierówną deską. To oficjalny system wentylacji. Po drugiej stronie sali są drzwi – właściwie to otwór po drzwiach, bo drzwi nie ma. Dzięki temu da się wytrzymać. Przez okno widać w oddali zieloną, nadmorską równinę. Z daleka wygląda pięknie. Z bliska wiem już, że to będzie błoto, śmieci i wszystko, co da się porzucić.

Na ulicach smród pomyj i palonych odpadów. Kobieta spluwa daleko, z rozmachem.

Druga lekcja zaczyna się tradycyjnie: ktoś pisze na tablicy, reszta przepisuje. Potem wszyscy gadają. Wcześniej też gadali. Tu lekcja, tam przerwa, ktoś biega, ktoś się bije, ktoś podrzuca kredę i łapie ją do buzi. Podłoga z kafli – porządna, solidna, tylko czarna od brudu. Jak święta ziemia.

Pytania od uczniów są konkretne:
– Jaki jest największy problem demograficzny Polski?
– Czy miałam propozycje małżeństwa?

Trzecia lekcja – półtorej godziny historii. Uczniowie lubią słuchać opowieści. O świecie, o krajach, o tym, co daleko. Oury opowiada, że miał propozycję pracy we wsi bez zasięgu telefonu. Zastanawiał się krótko.

Szkoła wygląda, jakby nigdy nie była sprzątana. Białe kafle są czarne. Schody mają różną wysokość – niespodzianka na każdym stopniu. Potykam się o łyżkę, siadając za biurkiem nauczyciela. Na blacie: brudne papiery, okruchy kredy. To szkoła prywatna. Czesne: 135 tysięcy franków gwinejskich miesięcznie. W innej – „tańszej” – 85 tysięcy.

Na początku każdej lekcji uczeń pisze notatkę na tablicy, inni przepisują. Potem rozmowa. Ktoś się spóźnia, ktoś wychodzi, ktoś wraca. Drzwi nadal nie ma. Jeden chłopak zmienia sposób zawiązania arafatki. Dziewczyna siedzi w czadorze. Uczniów mnóstwo, nazwisk niewiele – trzy, cztery dominują w całym kraju – więc w dzienniku jedno nazwisko potrafi zajmować całą stronę.

Lekcje kończą się o 14.00. Wracamy do domu. Mija nas chłopaczek na rowerze bez opony. Jedzie. Rower działa.

Wchodzimy na podwórko asystenta nauczyciela, Mamadou. Motory, buty, wiadra, krzesła, maty. Ktoś się modli. Jest też piekarnia, w której Mamadou kiedyś pracował. Dostaję jeden chleb na spróbowanie. Jem kawałek, resztę rozdaje się dzieciakom.

Zostawiają mnie na chwilę na podwórku cioci asystenta. Dostaję dwie butelki bisapu. Ciocia zaczyna gotować, proponuje mi usiąść na tarasie – stawia krzesło i niski taboret pod nogi. Wybieram środek podwórka, bo tam jest przewiew. Dzieci zbierają się, żeby popatrzeć na porto, białą. Patrzą uważnie.

Szesnastoletni syn Mamadou idzie studiować Koran, niesie drewnianą tabliczkę. Synowie stają przed ojcem i modlą się. W kiblu i łazience karaluchy wielkości palca.

Na obiad sos z liści manioku. Najpierw gotuje się rybę, potem ją wyjmuje. Do wywaru trafia masło arachidowe rozrobione z wodą. Później ubite liście manioku z gotowaną dynią. Kostka rosołowa wołowa, rozdrobniona. Na koniec ubita cebula i czerwony olej. Gęste, ciężkie, sycące.

Mariam pokazuje mi rzekę obok domu. Spacerujemy kawałek. To właściwie ściek zasypany śmieciami. Cała dzielnica została wydarta rzece – kiedy zaczęła wysychać, zaczęto tu budować domy. Oury opowiada, że gdy był mały, kąpał się tu normalnie. Dziś podobno w porze deszczowej nadal się tu pływa.

Jest mecz FC Barcelony. Modlą się krótko w przerwie między pierwszą a drugą połową i wracają przed telewizor. Gdy pod koniec meczu Lewandowski schodzi z boiska, wszyscy wychodzą, uznając mecz za skończony. Lewandowski jest kochany w Afryce. Mam wrażenie, że szczególnie w Gwinei.

Wieczorem ataja ze znajomymi Ourego – w tradycyjnym miejscu, dziś przy świetle. Wczoraj było w ciemnościach. Strumień gorącej herbaty leje się z takiej wysokości, jak tylko da się unieść rękę. Torebki herbaty sprzedaje się w sklepie na sztuki.

Motocykle podskakują na kamieniach, rozświetlając ciemności Kobayi bez prądu. Konakry to miasto na skale – drogi są równie skaliste.

Kobaya to dzielnica nazwisk: Diallo, Barry, trochę Binta, Bah. Suaré i Baldé tu nie mieszkają.