Ziemniaki odsmażone, chleb, woda i mleko skondensowane. Zestaw startowy wystarczający, żeby ruszyć w świat – a przynajmniej do szkoły.
Jedziemy rano na lekcje. Najpierw WF – temat: piłka nożna, to co Afryka kocha najbardziej. Potem historia: wielki kryzys w USA. Wcześniej była rewolucja bolszewicka. Chronologia elastyczna, za to zainteresowanie uczniów autentyczne.
Siadam tyłem do okna, obok dziura w murze, zabita w poprzek nierówną deską. To oficjalny system wentylacji. Po drugiej stronie sali są drzwi – właściwie to otwór po drzwiach, bo drzwi nie ma. Dzięki temu da się wytrzymać. Przez okno widać w oddali zieloną, nadmorską równinę. Z daleka wygląda pięknie. Z bliska wiem już, że to będzie błoto, śmieci i wszystko, co da się porzucić.
Na ulicach smród pomyj i palonych odpadów. Kobieta spluwa daleko, z rozmachem.
Druga lekcja zaczyna się tradycyjnie: ktoś pisze na tablicy, reszta przepisuje. Potem wszyscy gadają. Wcześniej też gadali. Tu lekcja, tam przerwa, ktoś biega, ktoś się bije, ktoś podrzuca kredę i łapie ją do buzi. Podłoga z kafli – porządna, solidna, tylko czarna od brudu. Jak święta ziemia.
Pytania od uczniów są konkretne:
– Jaki jest największy problem demograficzny Polski?
– Czy miałam propozycje małżeństwa?
Trzecia lekcja – półtorej godziny historii. Uczniowie lubią słuchać opowieści. O świecie, o krajach, o tym, co daleko. Oury opowiada, że miał propozycję pracy we wsi bez zasięgu telefonu. Zastanawiał się krótko.
Szkoła wygląda, jakby nigdy nie była sprzątana. Białe kafle są czarne. Schody mają różną wysokość – niespodzianka na każdym stopniu. Potykam się o łyżkę, siadając za biurkiem nauczyciela. Na blacie: brudne papiery, okruchy kredy. To szkoła prywatna. Czesne: 135 tysięcy franków gwinejskich miesięcznie. W innej – „tańszej” – 85 tysięcy.
Na początku każdej lekcji uczeń pisze notatkę na tablicy, inni przepisują. Potem rozmowa. Ktoś się spóźnia, ktoś wychodzi, ktoś wraca. Drzwi nadal nie ma. Jeden chłopak zmienia sposób zawiązania arafatki. Dziewczyna siedzi w czadorze. Uczniów mnóstwo, nazwisk niewiele – trzy, cztery dominują w całym kraju – więc w dzienniku jedno nazwisko potrafi zajmować całą stronę.
Lekcje kończą się o 14.00. Wracamy do domu. Mija nas chłopaczek na rowerze bez opony. Jedzie. Rower działa.
Wchodzimy na podwórko asystenta nauczyciela, Mamadou. Motory, buty, wiadra, krzesła, maty. Ktoś się modli. Jest też piekarnia, w której Mamadou kiedyś pracował. Dostaję jeden chleb na spróbowanie. Jem kawałek, resztę rozdaje się dzieciakom.
Zostawiają mnie na chwilę na podwórku cioci asystenta. Dostaję dwie butelki bisapu. Ciocia zaczyna gotować, proponuje mi usiąść na tarasie – stawia krzesło i niski taboret pod nogi. Wybieram środek podwórka, bo tam jest przewiew. Dzieci zbierają się, żeby popatrzeć na porto, białą. Patrzą uważnie.
Szesnastoletni syn Mamadou idzie studiować Koran, niesie drewnianą tabliczkę. Synowie stają przed ojcem i modlą się. W kiblu i łazience karaluchy wielkości palca.
Na obiad sos z liści manioku. Najpierw gotuje się rybę, potem ją wyjmuje. Do wywaru trafia masło arachidowe rozrobione z wodą. Później ubite liście manioku z gotowaną dynią. Kostka rosołowa wołowa, rozdrobniona. Na koniec ubita cebula i czerwony olej. Gęste, ciężkie, sycące.
Mariam pokazuje mi rzekę obok domu. Spacerujemy kawałek. To właściwie ściek zasypany śmieciami. Cała dzielnica została wydarta rzece – kiedy zaczęła wysychać, zaczęto tu budować domy. Oury opowiada, że gdy był mały, kąpał się tu normalnie. Dziś podobno w porze deszczowej nadal się tu pływa.
Jest mecz FC Barcelony. Modlą się krótko w przerwie między pierwszą a drugą połową i wracają przed telewizor. Gdy pod koniec meczu Lewandowski schodzi z boiska, wszyscy wychodzą, uznając mecz za skończony. Lewandowski jest kochany w Afryce. Mam wrażenie, że szczególnie w Gwinei.
Wieczorem ataja ze znajomymi Ourego – w tradycyjnym miejscu, dziś przy świetle. Wczoraj było w ciemnościach. Strumień gorącej herbaty leje się z takiej wysokości, jak tylko da się unieść rękę. Torebki herbaty sprzedaje się w sklepie na sztuki.
Motocykle podskakują na kamieniach, rozświetlając ciemności Kobayi bez prądu. Konakry to miasto na skale – drogi są równie skaliste.
Kobaya to dzielnica nazwisk: Diallo, Barry, trochę Binta, Bah. Suaré i Baldé tu nie mieszkają.