Czy Europa jest chora?

 Podróżowanie ma tę zaletę, że człowiek dowiaduje się różnych rzeczy o świecie. Ma też tę drugą zaletę, że dowiaduje się, co świat myśli o nim.

W Togo zamieszkałam u Bnama. Pochodzi z ludu Kabyè, jednej z najważniejszych grup etnicznych północnego Togo. Jest szczupły, żylasty i wygląda tak, jakby całe życie spędził w ruchu. Na jego ciele zostały ślady po dawnym wypadku, a w jego pokoju – ślady po wielu miesiącach walki z kurzem, który najwyraźniej wygrywa.

Ja natomiast od pierwszego poranka prowadziłam z pogodą otwartą wojnę.

Otwierałam oczy, widziałam słońce i moja pierwsza myśl brzmiała:

– Cholera. Znowu ono.

Człowiek cały czas czuje się jakby właśnie wyszedł spod prysznica. Tymczasem Bnam siedział spokojnie w długich spodniach i zachowywał się tak, jakby temperatura była całkowicie normalnym elementem rzeczywistości.

Jego pokój również był takim naturalnym elementem. Kurz znajdował się absolutnie wszędzie. Na podłodze, półkach, ubraniach, plecaku i prawdopodobnie również w powietrzu, tylko jeszcze nie zdążył opaść. Łóżko przykrywało polarowe prześcieradło, które zdecydowanie pamiętało lepsze czasy. 

Jego mieszkanie-pokoj znajdowało się przy niewielkim podwórku otoczonym innymi podobnymi mieszkaniami na wynajem. Po jednej stronie pięć małych drzwi prowadzących do kolejnych mieszkań, po drugiej wysoki mur, a na końcu dom właścicielki. Pośrodku najważniejszy punkt całego gospodarstwa – studnia.

Przy wejściu znajdowała się toaleta. Betonowa, na lekkim podwyższeniu. Obok prysznic, również betonowy, ale z kafelkami na podłodze. Luksus w wersji minimalistycznej.

Wieczorem sąsiedzi wystawiali garnki przed swoje pokoje i gotowali kolację. Rozmowy, dzieci, zapach smażonej cebuli, ryżu i przypraw mieszały się w jedną wielką kuchnię pod gołym niebem.

Tylko Bnam nie gotował.

– Po co? – wzruszył ramionami. – Jedzenie kupuję na ulicy.

Rzeczywiście. Ulice są pełne jedzenia. Wystarczy przejść kilkadziesiąt metrów i człowiek ma do wyboru ryż, fasolę, mięso, sosy, smażone banany i rzeczy, których nazw nauczyłam się dopiero po kilku dniach.

Podczas jednej z naszych rozmów temat zszedł na Europę.

I wtedy dowiedziałam się, że według Bnama to właśnie Europa jest kontynentem chorób.

Moówił, że w Europie dzieją się rzeczy, których on kompletnie nie potrafi pojąć. Ludzie umierają z gorąca! Jak to możliwe! Ktoś chodzi nago po ulicy, policja go zatrzymuje, a on tłumaczy się, że było mu gorąco.

Bnam pokiwał głową z miną człowieka, który właśnie przedstawił dowód nie do podważenia.

– Widzisz? Kontynent chorób.

Trudno było się nie roześmiać.

Przecież dokładnie tak samo ja kilka dni wcześniej patrzyłam na temperaturę w Kara i zastanawiałam się, jak można normalnie funkcjonować przy takim słońcu. Dla mnie dziwni byli oni. Dla niego – my.

Rozmawialiśmy też o pieniądzach wysyłanych z Europy do Afryki. Bnam twierdził, że wiele organizacji i projektów istnieje dlatego, że europejskie pieniądze po prostu tam płyną. Dla miejscowych to ogromne kwoty i szansa na zarobek, ale niekoniecznie oznacza to zachwyt europejskim stylem życia.

– Pieniądze są dobre – powiedział. – Nie wszystko inne.

Jeszcze ciekawsza była rozmowa o małżeństwie.

Dowiedziałam się wtedy, że dziewczyny chodzące w spodniach to według niego dość osobliwy widok. Nie jakiś skandal, ale coś zdecydowanie nietradycyjnego.

A potem płynnie przeszliśmy do poligamii.

– To przecież praktyczne – wyjaśnił.

Spojrzałam na niego podejrzliwie.

– Jak jedna żona odejdzie, zostają jeszcze dwie.

Przyznam, że europejska logika małżeństwa przez chwilę próbowała znaleźć na to odpowiedź.

Nie znalazła.

Bnam pochodzi z ludu Kabyè, jednej z największych społeczności północnego Togo. Opowiadał mi o swojej kulturze z ogromną naturalnością, jakby mówił o czymś oczywistym. O przodkach, tradycyjnych obrzędach, wspólnocie i świętach, które nadal wyznaczają rytm życia wielu rodzin.

Wspomniał również o Evali – słynnym święcie inicjacyjnym młodych mężczyzn, podczas którego odbywają się rytualne walki będące symbolem wejścia w dorosłość. Dla turystów to widowisko. Dla Kabyè – ważny element tożsamości.

Mówił także o tradycyjnej religii swojej społeczności, nazywanej przez niego Sansa. Nie przedstawiał jej jak egzotycznej ciekawostki, lecz jako część codziennego świata, w którym równie ważne są rodzina, przodkowie, ziemia i wspólnota.

Myślałam wtedy, że szkoda, że przewodniki turystyczne nie opisują sposobu myślenia ludzi.

Wracając do afrykańskiej rzeczywistości, to jej codzienym elementem są studnie. Ręczne pompy, przy których kobiety nabierają wodę, często z dzieckiem przywiązanym na plecach. Jedna ręka pompuje, druga poprawia chustę, rozmowa toczy się dalej.

Woda nie pojawia się po odkręceniu kranu. Trzeba ją najpierw wypompować.

Tak samo jak na skrzyżowaniach nie zawsze stoją znaki. Czasami środek ronda wyznaczają dwie stare opony położone jedna na drugiej. Wyświechtane, zakurzone i najwyraźniej całkowicie wystarczające.

Im dłużej podróżuję po Afryce Zachodniej, tym częściej zauważam, że rzeczy, które dla mnie wyglądają jak prowizorka, dla miejscowych są po prostu systemem.

Systemem, który działa.

A Bnam?

Pewnie nadal uważa, że Europa jest chora.

Ja natomiast coraz mniej jestem pewna, kto z nas miał bardziej dziwne wyobrażenia o świecie.

No comments:

Post a Comment